Przeczytałam. I teraz
najchętniej powypisywałabym jakieś egzystencjalne brednie, poględziłabym o bólu
istnienia, który aktualnie toczy moje żyły oraz o niemożności pojęcia
rzeczywistości i tak dalej, i tak dalej, ale oszczędzę Wam tego. Naprawdę,
zapamiętajcie to jako łaskawość z mojej strony i zawrzyjcie w mowie pożegnalnej
na moim pogrzebie.
Już chyba widać, że skończyłam czytać jakieś kilkanaście minut temu? To
pierwszy tak szybki tekst w mojej całej blogowej karierze. Tak szybki, bo
później może mi umknąć to Coś, które jest obecne w tej książce. Nie pytajcie –
nie potrafię tego zdefiniować.
Na pewno jest to książka, której potrzebowałam i to nie dlatego, że niesie ona ze sobą jakąś oszałamiającą treść, ale dlatego, że świetnie się ją czyta. Już powoli zapominałam, jak to jest przeczytać książkę w kilka godzin, czytać bez przerwy i nie móc się oderwać, a ona mi o tym przypomniała. Dostałam przed dwiema lekcjami polskiego, toteż polski gdzieś przeleciał, ja przeczytałam połowę i ominęły mnie, z pewnością fascynujące, rozważania Woltera, Rousseau'a i Locke’a (to nie jest sarkazm, tematy z filozofii należą do moich ulubionych). Przerwałam na matematykę, by nie zrobić sobie zupełnej czarnej dziury z mózgu, czytałam w drodze, czytałam w ogrodzie, ignorując natrętne muchy (a przy okazji jutrzejsze lekcje). I przeczytałam, a teraz sama nie wiem, co mam myśleć.
To jest młodzieżówka,
serio, serio. Wiedziałam, że to młodzieżówka, a jednak byłam zdziwiona, gdy się
okazało, że jednak to jest młodzieżówka (w tym momencie moja ocena z polskiego
poleciałaby w dół, ale nie poleci, bo… nie). Byłam zdziwiona praktycznie
wszystkim, nie licząc imion głównych bohaterów, zakończenia (tak mniej, więcej)
i butli z tlenem. Zdziwiona na plus, zdziwiona na minus – nieważne. Ale i tak
mi się podobało, mimo że spodziewałam się czegoś innego. I płakałam w tym
ogrodzie, chyba że polałam się herbatą, w co szczerze wątpię (a w szkole się
śmiałam i co lepsze fragmenty czytałam drogiej M.). A później wszystko się
skończyło, mi się chciało jeszcze bardziej płakać i w ogóle miałam wrażenie, że
niebo (to niebieskie z chmurkami) wali mi się na głowę, bo czemu to się tak
szybko skończyło, jak powinno trwać jeszcze długi fragment nieskończoności.
Ale się skończyło,
wracam do życia pewnej Kingi z pewnego miasta i mogę jedynie rozmyślać. Albo
zacząć od początku. Ale wiem, że te kilka godzin, ta maleńka nieskończoność była
dobrym czasem.
John Green, "Gwiazd naszych wina", wyd. Bukowy Las, 2013, Tłum. Magda Białoń - Chaldecka
A za uprzejme użyczenie książki bardzo dziękuję Blair :D
