Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bronte Charlotte. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bronte Charlotte. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 13 maja 2014

Dzieło życia ("Villette", Charlotte Bronte)



Z „Villette” wiąże się historia podobna do tej z „Katedrą Marii Panny w Paryżu”. Pozornie te powieści nie mają ze sobą nic wspólnego, oprócz tego, że obydwie były czytane przeze mnie dawno, ale to jedne z tych książek, które się zamyka i nie wie się, co powiedzieć. Te książki pozostawiają w osłupieniu – może w pewnym oczarowaniu, które niebezpiecznie balansuje na granicy transu? Równocześnie są to książki, które wracają w najmniej spodziewanych momentach. Wracają za pomocą obrazów stających nagle przed oczami, uczucia deja vu, zamglonego fragmentu tamtejszych emocji. I choć to „Katedra Marii Panny w Paryżu”, monumentalne dzieło Hugo, emocjami aż przytłacza (jaka to soczysta książka! te uczucia, te namiętności – to aż przeraża!), „Villette” ze swoim niepokojem ukrytym za spokojem, z emocjami pozornie stłumionymi i schowanymi za niewzruszoną, porządną figurką głównej bohaterki, angażuje totalnie. W tej książce można się zagubić, można zapomnieć przy niej o całym świecie i już nie analizować, co w niej jest dobre, a co złe, ale przeżywać historię, jakby była własną, opowiedzianą na nowo.

Boże, jakie to doskonałe! Rację miała Wirginia Woolf, pisząc o „Villette” jako najlepszej powieści Charlotte. I zupełnie trafne są słowa George Eliot o nadnaturalności tej książki. Ona naprawdę jest jakby trochę nie z tego świata, jakby Charlotte chciała uchwycić w niej wszystko – transcendencję, ducha, swoje rozterki i osamotnienie, zżerającą namiętność bez ujścia. Pamiętam, jak jeszcze w trakcie lektury, ale już przy końcu, wpół leżąc na ukochanym fotelu, zapisałam, że Charlotte naprawdę musiała mieć zwichrowaną psychikę. Oczywiście nie w ten psychopatyczny, budzący grymas sposób, bo przecież „Villette” ciągle jest wiktoriańską powieścią z gorsetami, dorożkami i madame, ale tak jak szalona była podobno Emily, szalona była też najstarsza z sióstr.
Ale nie, „Villette” wcale nie jest jakimś studium szaleństwa, możliwe, że niektórzy czytelnicy nawet jego nie wychwytują, jest natomiast książką ze świetnym portretem psychologicznym bohaterki, która może denerwować (prawie idealna, sztywna i śmiertelnie poważna), choć moją sympatię zaskarbiła sobie od samego początku, zgrabnie rozwiniętą fabułą i historią opisaną w cudowny sposób. Wiele tu mamy wątków autobiograficznych, sytuacji z życia samej Charlotte (ogromnie polecam dzieło Eryka Ostrowskiego i „Na plebani w Haworth” pani Przedpełskiej - Trzeciakowskiej przed lekturą), toteż samą historię można streścić w kilku zdaniach: wyjazd, obce miasto, nauczycielskie życie na pensji, zauroczenie, zakazana miłość. Wszystko to jednak buduje niesamowitą w swojej prostocie historię. Historię naznaczoną przecież tak silnymi emocjami, wieloma porażkami, małymi radościami. W końcu to, co najpiękniejsze, pisze dla nas życie, a każda książka jest częścią autora – jego przeżyć, inspiracji, głęboko skrywanych uczuć. Nic nie bierze się z próżni, nawet wyobraźnia bazuje przecież na rzeczywistych doznaniach, nieprawdaż?

Z „Villette” wiążą się również bohaterowie, można pokusić się o stwierdzenie, że już znani dla czytelników innych książek Bronte. Bo choć każdy z nich jest inny, wykreowany mistrzowską ręką, obdarzony odrębnymi cechami i bardzo żywy, każdy jest też charakterystyczny dla nazwiska Bronte. Tych bohaterów nie można pomylić z innymi, nie da się też ich skojarzyć z innym pisarzem. Jane Eyre i pan Rochester, teraz Lucy Snow, monsieur Paul, żywi, choć przecież nieżyjący, nieodmiennie będą kojarzyć się z Charlotte, mieszając jej cechy, będąc przedłużeniem jej samej.

Niezwykła to powieść, przepełnioną bolesną samotnością, bardzo dojrzała. Już bez tej cudownej egzaltacji, która porywa panienki w „Jane Eyre”. „Villette” to dzieło inne, pisane u schyłku, wypełnione ciągnącymi się zdaniami, oczekiwaniem i smutkiem. Porywające, choć senne, czytane bez wytchnienia, choć momentami nużąco – męczące, wymagające przerwy, choć równocześnie niepozwalające na nie. „Villette” to bez wątpienia arcydzieło zasługujące na umieszczanie na szczytach różnych list, ambicji, planów i rankingów, ale przede wszystkim ono sprawia niewiarygodną przyjemność, autentyczną radość z obcowania z literaturą. W tym momencie nieważne stają się wszelkie listy, światowa sława i wielkie słowa uznania od krytyków.

Charlotte Bronte, Villette, wyd. MG, 2013, tłum. Róża Centnerszwerowa
Za książkę ogromnie dziękuję wydawnictwu MG.

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Mit? ("E. Ostrowski, Charlotte Brontë i jej siostry śpiące")


Kochamy siostry Brontë. Do dziś urzeka nas surowość wrzosowisk w Haworth. W czasach Internetu, hałasu i elektroniki uwielbiamy zanurzać się w świat wiktoriańskiej Anglii, uspokajać się przy niespiesznej fabule, przeżywać każde zdanie, obgryzać paznokcie na wspomnienie obłąkanej żony. To historie, które jeszcze nie przebrzmiały, które jak się okazuje, są niezmiennie obecne w sercach i duszach czytelników oraz wydawców. Kochamy te trzy niby niepozorne córki pastora (trzy?). Eryk Ostrowski też kocha.

Z pasji powstała książka, dzieło obszerne i wyczerpujące, czasem trochę zagmatwane, sprawiające wrażenie labiryntu z korytarzami i ukrytymi pokojami, gdzie możemy natknąć się na perełki. Ten pokaźny, wizualnie niezwykły tom balansuje gdzieś na granicy biografii i pracy naukowej, łącząc fascynację i wręcz dającą się odczuć namiętność z uporządkowaniem i racjonalnością naukowca. Możemy więc wychwycić pewną nierówność, momenty, gdzie przed oczami stają obrazy, a kartki przewracają się same oraz te, gdzie musimy się skoncentrować, nawet trochę wysilić. I mimo całego mojego zachwytu postacią Charlotte Brontë, mimo nawet niezłej znajomości jej biografii oraz dzieł, nie czytało mi się książki Eryka Ostrowskiego łatwo. Tak jak i niełatwo mi jest o niej pisać. 

Gdzieś w tle przewijają się historie Emily i Anne, dostrzec możemy niewyraźny zarys Branwella, ale „Charlotte Brontë i jej siostry śpiące”, jak sama nazwa wskazuje, to hołd złożony Charlotte. To szczegółowa analiza jej książek, próba zgłębienia jej duszy, pozornie delikatnej i jasnej, w rzeczywistości mrocznej i skomplikowanej. Tu króluje Charlotte i tak właśnie miało być. Charlotte ma w końcu swoje własne miejsce, i mam nadzieję, czuje się tu dobrze – w literaturze.
Ze słów Eryka Ostrowskiego, słów popartych niezliczonymi fragmentami listów, powieści i biografii, wyłania się obraz najstarszej panny Brontë, ze wszystkimi urojeniami, nieszczęśliwymi miłościami, smutkami i rozterkami, z całą tragedią, którą ona, niewielka córka pastora, musiała dźwigać. Ale nie sam obraz jest trzonem tej książki, choć spełnia przecież rolę najważniejszą. Przede wszystkim autor wysnuwa teorię, szokujące założenie, mówiące o tym, że wspaniałe powieści, cały dorobek literacki sygnowany nazwiskiem Brontë tak naprawdę wyszedł spod jednego pióra. To Charlotte miała stworzyć wszystko. Miała stworzyć także mit o trzech genialnych siostrach.

Pan Ostrowski nie jest w tym myśleniu odosobniony. I choć przyzwyczailiśmy się do wizji zamkniętej w sobie, tak chmurnej i genialnej jak same „Wichrowe Wzgórze” Emily oraz łagodnej, dobrej, czarującej słowem Anne, w pewnym momencie przyznajemy autorowi rację. Nie bez wahania, ciągle jeszcze niepewnie. Mity mają przecież swój urok. 

Można wierzyć lub nie, po rodzinie Brontë, naznaczonej geniuszem, szaleństwem i tragedią, nie zostało nic prócz kilku listów, utworów i domysłów. Zostaliśmy więc z wielką zagadką, którą możemy zgłębiać lub pozostawić nienaruszoną. Zagadką jedną z tych, której rozwiązywanie sprawia radość, która jednak rozwiązana nie zostanie nigdy.

Eryk Ostrowski, "Charlotte Brontë i jej siostry śpiące", wyd. MG, 2013
Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu MG.

poniedziałek, 8 lipca 2013

Wiktoriańsko, z klimatem ("Profesor" Ch. Brontë)



Znów natrafiłam na książkę, po której naszły mnie myśli: Czy ja naprawdę musiałam urodzić się na samym końcu XX wieku? XIX nie byłby lepszy?
Owszem, oglądałam „O północy w Paryżu”, wiem, że każda epoka ma wady i zalety i nie było okresu w historii, w którym wszyscy ludzie byli zadowoleni i szczęśliwi. Czasy wiktoriańskie również idealne nie były, ba! Do ideału było im daleko! Ale miały w sobie taki urok, czar, klimat, który teraz mnie, sybarytkę otoczoną nowinkami technologicznymi, pociąga jak mało co.
Może to dzięki temu tak dobrze czyta mi się dziewiętnastowieczne powieści? Może dzięki temu książki autorstwa sióstr Brontë pochłaniam w iście zawrotnym tempie, czego nie można powiedzieć o wielu tworach literatury współczesnej? Może.

„Profesor” czekał na mnie długo, zdecydowanie zbyt długo. Leżał na półce, ja łypałam na niego podejrzliwym okiem. Najpierw chciałam, później nie chciałam, po jakimś czasie znowu chciałam, ale nie tak bardzo jak powinnam. W końcu uznałam, że fabuła przedstawia się nudno i w ogóle nie mam ochoty. Nie teraz, nie dziś. Zaczęły się jednak wakacje, doba jakimś cudem się  wydłużyła, a ja wbiłam sobie do głowy, że Bronte to jednak klasa sama w sobie, a poza tym zawsze dobrze się dogadywałam z siostrzyczkami. Wzięłam więc, strzepnęłam minimalny kurz i się zakochałam.
W Profesorze rzecz jasna.

Fabuła? – klasyczny schemat. Mamy Williama Crimswortha, dżentelmena o pospolitym wyglądzie (by nie powiedzieć: brzydkiego), sprawnym umyśle (znajomość języków, inteligencja) i okropnej rodzince. William odchodzi od swoich krewnych, próbujących zrobić z niego duchownego i zdobywa pracę w kancelarii swojego brata – Edwarda. Edward typem jest okropnym, tyranizuje wszystkich wokół, złości się, a szczególną nienawiścią darzy swojego brata. Nie dziwi więc fakt, że Williamowi daleko jest do szczęścia. Wszystko się jednak zmienia dzięki panu Hundsenowi, znajomemu naszego bohatera. Crimsworth odchodzi z kancelarii i udaje się do Belgii, by tam szukać swojego miejsca na ziemi. Zostaje profesorem w dwóch szkołach, daje się wciągnąć w intrygę i poznaje… miłość. Czyli norma. 

Akcja się wlecze, ale robi to w przyjemny sposób. Zwrotów, zawrotów i innych niespodziewanych wydarzeń jest tam jak na lekarstwo. Jednak wcale nie sprawia to, że książka jest nudna czy irytująca. Bynajmniej. Powieść czyta się błyskawicznie, a od pewnego momentu wręcz nie da się od niej oderwać.
Tak, jak w przypadku innych powieści sławnych sióstr, jednym z największych atutów „Profesora” są bohaterowie. Bardzo dobrze wykreowaniu, realni, wyraziści, niektórzy dający się lubić, inni wręcz przeciwnie. Główna postać i zarazem nasz narrator, William, wad ma całe mnóstwo (nietolerancja dla innych narodów czy wyznań aż razi po oczach), ale w gruncie rzeczy jest całkiem sympatyczny. Postaciom kobiecym nie da się nic zarzucić, Charlotte Brontë świetnie się spisała. Moim numerem jednej jest jednak Hundsen, irytujący do granic możliwości, udający obojętnego cynika, a jednak o miękkim sercu. 

„Profesor” na pewno nie może się równać z „Jane Eyre”, czy powieściami innych sióstr (np. z „Lokatorką Wildfell Hall” Anne). Jest dużo słabszy fabularnie, nie robi wielkiego wrażenia na czytelniku. Mimo to jest bardzo dobrą lekturą, idealną, gdy mamy ochotę na powieść lekką, lecz nie głupią i bezwartościową.

Charlotte Brontë, "Profesor", wyd. MG, 2012
Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu MG.

czwartek, 9 sierpnia 2012

"Dziwne losy Jane Eyre"




Autor: Charlotte Bronte
Pierwszy raz ukazała się w roku 1847.







Postanowiłam bardziej zaprzyjaźnić się z klasyką. Kilka miesięcy temu poznałam twórczość Jane Austen. Oczarowana nią sięgnęłam po „Dziwne losy Jane Eyre” dziewiętnastowiecznej, angielskiej pisarki Charlotte Bronte.  Przyznam szczerze, że trochę bałam się tej książki. Bałam się przydługich opisów, nudy albo tego, że mi się po prostu nie spodoba.. Poza tym mój egzemplarz „Jane Eyre” był bardzo starym, rozlatującym się nabytkiem bibliotecznym, a takie książki czyta mi się trudniej. Okazało się, że mój lęk był zupełnie irracjonalny…

Poznajemy Jane jako niespełna dziesięcioletnią dziewczynkę. Jej rodzice umarli bardzo wcześnie. Wychowuje się u ciotki Sary Reed wraz z kuzynostwem: Johnem, Georgianą oraz Elizą. Dziewczynka nie ma łatwego dzieciństwa. Gardzona przez ciotkę i kuzynki, bita i szykanowana przez Johna zamyka się we własnym świecie. Powoli przyzwyczaja się do samotności, a jej jedynym pocieszeniem są książki. Po niesprawiedliwym potraktowaniu przez panią Reed i traumatycznym przeżyciu w czerwonym pokoju, Jane upada na zdrowiu a cała rodzina Reed zaczyna ją nienawidzić. Również służba nią gardzi, uważając, że dziewczynka pochodzi z kupieckiej rodziny, nie ma majątku i jest całkowitą utrzymanką. Sara postanawia kompletnie odciąć się od „okropnej” Jane i dziewczynka zostaje wysłana do zakładu w Lowood. Obserwujemy dorastanie Jane. Dziewczyna sumiennie przykłada się do nauki w tym surowym miejscu, zawiera piękną przyjaźń z Helenką Burns, odnajduje Boga, przywiązuje się do nauczycielek… Zostają dostrzeżone liczne talenty bohaterki. Jane po owocnej nauce w zakładzie zostaje tam nauczycielką. Jest pracowita, obowiązkowa i lubiana. Jednak ta młoda kobieta czuje niepokój. Chce poznać coś nowego, brakuje jej wrażeń i „podniety”.  I tu zaczyna się niesamowita historia. Niezwykle ciekawe i „dziwne losy Jane Eyre”…

Jane to bohaterka, której nie sposób nie lubić. Jest przykładna, mądra i intrygująca. To postać bardzo głęboka, wyrazista, starannie dopracowana przez autorkę. Od pierwszych kartek powieści czułam, że ta dziewczyna mogłaby być moją przyjaciółką. Na kartach książki ukazane jest dorastanie bohaterki, jej przemianę z małej, nieco poważnej i „dziwnej” dziewczynki w mądrą i silną kobietę. Kobietę, która nie ulega konwenansom, która ma własne zdanie i dobitnie je wypowiada. Kobietę, która kieruję się uczuciami i łamie zasady obowiązujące w epoce, w której żyje… Kobietę, która chce się rozwijać i „żyć” w pełnym tego słowa znaczeniu.

Jednak nie tylko Jane zasługuje na uwagę. Charlotte Bronte wprost genialnie wykreowała bohaterów swojej książki! Kochana, trzpiotowata, żywa i głośna Adelka od razu zawładnęła moim sercem.  Mary i Diane – miłe i sympatyczne panienki, które miałam ochotę po prostu przytulić. St. John – hardy, ale fascynujący duchowny z zasadami. I w końcu Edward Rochester… Mroczny, niezwykły, szarmancki, oschły i zimny, a zarazem ciepły, ujmujący, prawiący wyszukane komplementy… To postać złożona z przeciwieństw, zaskakująca i niebanalna.  W czasie lektury żywiłam do niego sprzeczne uczucia. Raz go uwielbiałam, raz nienawidziłam. Szczególnie lubiłam rozmowy pana Rochestera z Jane. Bardzo specyficzne, wręcz patetyczne, cudownie ironiczne. Po prostu coś wspaniałego!

„Dziwne losy Jane Eyre” to nie jest książka na jeden wieczór (przynajmniej nie dla mnie). To powieść, którą się smakuje, jak najlepsze i najwykwintniejsze ciastko. Delikatnie ściągamy warstwę pysznego ciasta francuskiego, by dostać się do wspaniałego kremu. I powolutku delektujemy się, aż ze smutkiem spostrzegamy, że ciastko zostało zjedzone. Oblizujemy więc palce, a w ustach dalej czujemy niesamowity smak, próbując go na zawsze zapamiętać…

„Dziwne losy Jane Eyre” to arcydzieło! Z każdej strony czuć niezwykły, wiktoriański klimat. To książka, która porywa serca, która nie daje myśleć o czymś innym.. Ta powieść porusza wiele tematów, ale przede wszystkim jest to opowieść o pięknej, niewyobrażalnej, wręcz niemożliwej miłości. Polecam. Zachwyty nad nią są jak najbardziej adekwatne.

Obserwatorzy

Archiwum bloga