„A z rąk Piotra kostur podróżny wysunął się na ziemię, oczy patrzyły
nieuchronnie przed siebie, usta były otwarte, w twarzy malowało się zdumienie,
radość, zachwyt. Nagle rzucił się na kolana z wyciągniętymi przed się
ramionami, a z ust jego wyrwał się okrzyk:
- Chryste! Chryste!
I przypadł głową do ziemi, jakby całował czyjeś stopy. Długo trwało milczenie, po czym w ciszy ozwały się przerwane łkaniem słowa starca:
- Quo vadis, Domine?
I nie słyszał odpowiedzi Nazariusz, lecz do uszu Piotrowych doszedł głos smutny i słodki, który rzekł:
- Gdy ty opuszczasz lud mój, do Rzymu idę, by mnie ukrzyżowano po raz wtóry.
Apostoł leżał na ziemi, z twarzą w prochu, bez ruchu i słowa. Nazariuszowi wydało się już, że omdlał lub umarł, ale on powstał, drżącymi rękoma podniósł kij pielgrzymi i nic nie mówiąc, zawrócił ku siedmiu wzgórzom miasta.
Pacholę zaś, widząc to, powtórzyło jak echo:
- Quo vadis, Domine?
- Do Rzymu – odrzekł cicho Apostoł.
I wrócił.”*
- Chryste! Chryste!
I przypadł głową do ziemi, jakby całował czyjeś stopy. Długo trwało milczenie, po czym w ciszy ozwały się przerwane łkaniem słowa starca:
- Quo vadis, Domine?
I nie słyszał odpowiedzi Nazariusz, lecz do uszu Piotrowych doszedł głos smutny i słodki, który rzekł:
- Gdy ty opuszczasz lud mój, do Rzymu idę, by mnie ukrzyżowano po raz wtóry.
Apostoł leżał na ziemi, z twarzą w prochu, bez ruchu i słowa. Nazariuszowi wydało się już, że omdlał lub umarł, ale on powstał, drżącymi rękoma podniósł kij pielgrzymi i nic nie mówiąc, zawrócił ku siedmiu wzgórzom miasta.
Pacholę zaś, widząc to, powtórzyło jak echo:
- Quo vadis, Domine?
- Do Rzymu – odrzekł cicho Apostoł.
I wrócił.”*
Zabrzmiał chór. Mnie przeszły
dreszcze. Gdzieś w oddali zadźwięczał głos Michała Bajora. Wróciły wspomnienia,
choć już zamglone, ciągle żywe. Przed oczami stanął ulubiony Petroniusz, Ursus –
obrońca, kryształowa Ligia, Marek Winicjusz i jego przemiana. Obudziła się
tęsknota za piórem Sienkiewicza. Kocham Sienkiewicza. Kocham naszego noblistę.
Najpierw, w moim młodym, niedoświadczonym
pod żadnym względem życiu, pojawiła się Trylogia. Ogromne wydanie „Ogniem i
mieczem” z półki. „Potop” i ulubione fragmenty. Piosenki Kaczmarskiego. Najmilszy
„Pan Wołodyjowski” czytany nieskończoną ilość razy, film, który potrafiłam
odgrywać sama, bo znałam na pamięć (cuuudowny Tadeusz Łomnicki i niesamowita
Magdalena Zawadzka!). Miłość po grób, na zawsze. Nie obchodził mnie styl, nie
obchodzi mnie dalej, bo nic mi do zdań wielokrotnie złożonych. Niech sobie będą
długie na dziesięć kartek, ja i tak będę czytać.
„Quo vadis”. Też na półce, trochę
zapomniane, trochę zakurzone. Z pogiętą okładką, z jakimiś karteluszkami w
środku. Nie wiem nawet, skąd się wzięło, u kogo mieszkało przedtem. Wiem, że
teraz stoi na honorowym miejscu, koło pana Stone’a, koło Chestertona.
Przypominam sobie siebie.
Dwanaście lat, podstawówkowy podlotek, karmiący się Jeżycjadą i książkami pani
Montgomery oraz pani Ożogowskiej. Świat nie istniał, Kinga czytała
Sienkiewicza, nie schodziła na obiad, nie uczyła się, bo była zajęta, nie
odzywała się, bo tam ludzi zabijali. Płakała i krzyczała, kazała nie
przeszkadzać, zapisywała, że chciałaby być jak Ligia, że chciałabym mieć siłę,
jak pierwsi chrześcijanie.
Ciągle pamiętam te obrazy, które
przelatywały wtedy przez głowę. Wystarczy, że zamknę oczy. Wystarczy, że wezmę
sfatygowaną książkę do ręki.
Mówcie co chcecie, dla mnie
dzieciństwo to Sienkiewicz.
Henryk Sienkiewicz, "Quo vadis", "Ogniem i mieczem", Potop", "Pan Wołodyjowski"
*H. Sienkiewicz, "Quo vadis", wyd. Kama, str. 517, 518


