Kochamy siostry Brontë. Do dziś urzeka nas surowość wrzosowisk w Haworth. W czasach Internetu, hałasu i elektroniki uwielbiamy zanurzać się w świat wiktoriańskiej Anglii, uspokajać się przy niespiesznej fabule, przeżywać każde zdanie, obgryzać paznokcie na wspomnienie obłąkanej żony. To historie, które jeszcze nie przebrzmiały, które jak się okazuje, są niezmiennie obecne w sercach i duszach czytelników oraz wydawców. Kochamy te trzy niby niepozorne córki pastora (trzy?). Eryk Ostrowski też kocha.
Z pasji powstała książka, dzieło obszerne i wyczerpujące,
czasem trochę zagmatwane, sprawiające wrażenie labiryntu z korytarzami i
ukrytymi pokojami, gdzie możemy natknąć się na perełki. Ten pokaźny, wizualnie
niezwykły tom balansuje gdzieś na granicy biografii i pracy naukowej, łącząc
fascynację i wręcz dającą się odczuć namiętność z uporządkowaniem i
racjonalnością naukowca. Możemy więc wychwycić pewną nierówność, momenty, gdzie
przed oczami stają obrazy, a kartki przewracają się same oraz te, gdzie musimy
się skoncentrować, nawet trochę wysilić. I mimo całego mojego zachwytu postacią
Charlotte Brontë, mimo nawet niezłej znajomości jej biografii oraz dzieł, nie
czytało mi się książki Eryka Ostrowskiego łatwo. Tak jak i niełatwo mi jest o
niej pisać.
Gdzieś w tle przewijają się historie Emily i Anne, dostrzec możemy
niewyraźny zarys Branwella, ale „Charlotte Brontë i jej siostry śpiące”, jak
sama nazwa wskazuje, to hołd złożony Charlotte. To szczegółowa analiza jej książek,
próba zgłębienia jej duszy, pozornie delikatnej i jasnej, w rzeczywistości
mrocznej i skomplikowanej. Tu króluje Charlotte i tak właśnie miało być.
Charlotte ma w końcu swoje własne miejsce, i mam nadzieję, czuje się tu dobrze –
w literaturze.
Ze słów Eryka Ostrowskiego, słów popartych niezliczonymi fragmentami listów, powieści i biografii, wyłania się obraz najstarszej panny Brontë, ze wszystkimi urojeniami, nieszczęśliwymi miłościami, smutkami i rozterkami, z całą tragedią, którą ona, niewielka córka pastora, musiała dźwigać. Ale nie sam obraz jest trzonem tej książki, choć spełnia przecież rolę najważniejszą. Przede wszystkim autor wysnuwa teorię, szokujące założenie, mówiące o tym, że wspaniałe powieści, cały dorobek literacki sygnowany nazwiskiem Brontë tak naprawdę wyszedł spod jednego pióra. To Charlotte miała stworzyć wszystko. Miała stworzyć także mit o trzech genialnych siostrach.
Ze słów Eryka Ostrowskiego, słów popartych niezliczonymi fragmentami listów, powieści i biografii, wyłania się obraz najstarszej panny Brontë, ze wszystkimi urojeniami, nieszczęśliwymi miłościami, smutkami i rozterkami, z całą tragedią, którą ona, niewielka córka pastora, musiała dźwigać. Ale nie sam obraz jest trzonem tej książki, choć spełnia przecież rolę najważniejszą. Przede wszystkim autor wysnuwa teorię, szokujące założenie, mówiące o tym, że wspaniałe powieści, cały dorobek literacki sygnowany nazwiskiem Brontë tak naprawdę wyszedł spod jednego pióra. To Charlotte miała stworzyć wszystko. Miała stworzyć także mit o trzech genialnych siostrach.
Pan Ostrowski nie jest w tym myśleniu odosobniony. I choć przyzwyczailiśmy
się do wizji zamkniętej w sobie, tak chmurnej i genialnej jak same „Wichrowe
Wzgórze” Emily oraz łagodnej, dobrej, czarującej słowem Anne, w pewnym momencie
przyznajemy autorowi rację. Nie bez wahania, ciągle jeszcze niepewnie. Mity
mają przecież swój urok.
Można wierzyć lub nie, po rodzinie Brontë, naznaczonej
geniuszem, szaleństwem i tragedią, nie zostało nic prócz kilku listów, utworów
i domysłów. Zostaliśmy więc z wielką zagadką, którą możemy zgłębiać lub pozostawić
nienaruszoną. Zagadką jedną z tych, której rozwiązywanie sprawia radość, która
jednak rozwiązana nie zostanie nigdy.
Eryk Ostrowski, "Charlotte Brontë i jej siostry śpiące", wyd. MG, 2013
Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu MG.
