Nie znałam jej wcześniej. Nie była
dla mnie ważna, nie obchodziła mnie, mimo że byli mi bliscy niektórzy z jej
bliskich. Artyści z buntowniczego pokolenia, przeklęci, a jednak wyniesieni na
piedestał, ci, którzy złapali Sztukę za rękę. Lubiłam, gdy krew pulsowała mi w
rytmie wyznaczonym przez Jimiego, Janis, Doorsów. Czułam się wśród nich dobrze,
swojsko, jakbym delikatnie, nieśmiało pasowała do TYCH czasów, TYCH ludzi, TYCH
artystów.
Ona weszła w moje życie nagle, niespodziewanie. Władowała się ze swoimi wojskowymi butami, białą koszulą z monogramem, zamiłowaniem do Rimbauda, Baudelaire’a i Blake’a, buntem, niechęcią do dorosłości, niezrozumiałą poezją, piosenkami jakby pełnymi niepokoju. Podzieliła się swoim zagubieniem. Zapisała się gdzieś w mojej pamięci, chuda, koścista, z melancholijnym, lecz butnym wyrazem twarzy. A on był cały czas z nią. Stanowili jedno, choć odchodzili od siebie. Nigdy jednak nie przestali trzymać się za ręce.
Ona weszła w moje życie nagle, niespodziewanie. Władowała się ze swoimi wojskowymi butami, białą koszulą z monogramem, zamiłowaniem do Rimbauda, Baudelaire’a i Blake’a, buntem, niechęcią do dorosłości, niezrozumiałą poezją, piosenkami jakby pełnymi niepokoju. Podzieliła się swoim zagubieniem. Zapisała się gdzieś w mojej pamięci, chuda, koścista, z melancholijnym, lecz butnym wyrazem twarzy. A on był cały czas z nią. Stanowili jedno, choć odchodzili od siebie. Nigdy jednak nie przestali trzymać się za ręce.
Patti i Robert. Robert i Patti. Poniedziałkowe dzieci, Jaś i
Małgosia w czarnym lesie świata. Dzieciaki, które nigdy nie chciały dorosnąć,
których dotknęło niezrozumienie, których dotknęła Sztuka, a zarazem młodzi
ludzie zakochani w życiu i sobie nawzajem.
Poznali się całkiem przypadkiem, w
tchnącym niezwykłą atmosferą Nowym Jorku końca lat 60. Byli młodzi, pełni
marzeń i ideałów. Rozumieli się od samego początku. Zaryzykowali, zaufali sobie
bezgranicznie, obiecali, że przejdą przez życie razem, że się nie opuszczą. Oboje
byli wariatami, szalonymi straceńcami. Rozumieli się, choć często miało się
wrażenie, że to ich utwory, rysunki i fotografie znalazły jakiś wspólny,
tajemniczy, niedostępny dla nikogo innego język.
„Ja nie myślę. Ja czuję” – mówił Robert
Mapplethorpe i rzeczywiście tak możemy odebrać historię jego życia. Grał na
emocjach, igrał na krawędzi sztuki i obrazoburstwa, wprowadził nowatorskie
rozwiązania. Szokował nawet Patti, a z pewnością także i siebie. Składał się z kontrastów, był pełen
sprzeczności.
„”Otwieram
drzwi, zamykam drzwi” – napisał. Nie kochał nikogo, kochał wszystkich.
Uwielbiał seks, nienawidził seksu. Życie to kłamstwo, prawda to kłamstwo. Jego
myśli kończyły się w formie zabliźniającej się rany: „Jestem nagi, gdy maluję.
Bóg trzyma mnie za rękę i razem śpiewamy”.”
Patti Smith napisała pieśń
pochwalną, elegię na cześć Roberta, Sztuki, Nowego Jorku. Zwłaszcza Roberta,
ukochanego do końca. To wspomnienia pełne jakiegoś nieuchwytnego czaru, wręcz
transcendencji, mające w sobie wszystko, czego od dobrej książki wymagać się
powinno. Książka ta, przesycona wrażliwością Patti, jej silną, a zarazem
delikatną osobowością, zmusza do refleksji i zadumy. Pozwala się przy tym
przenieść w czasy fascynujące, trochę chaotyczne, przepełnione naiwnością i
młodzieńczymi wizjami. Czasy narkotyków i wolnej miłości, czasy, w których
Sztuka odgrywała kluczową rolę, czasy, w których ludzie wiedzieli, że Sztuce
warto się poświęcić.
„Poniedziałkowe dzieci” przyciągają
swoim niewątpliwym pięknem. Nie ma w nich pretensjonalności, egzaltacji, jest
miłość, przyjaźń, nostalgia, tęsknota za czasami, które minęły bezpowrotnie.
Słowa działają, wprowadzają czytelnika w intelektualny trans, a gdzieś w tle
słychać punk rockową balladę…
Jest obraz Nowego Jorku namalowany sprawną,
szczupłą ręką wysmakowanego artysty. Jest szaleństwo, jest bunt, jest piękno i
ideały. Jest wszystko…
Patti Smith, "Poniedziałkowe dzieci", wyd. Czarne, 2012, tłum. Robert Sudół
Lubię. Lubię jej chropowaty, mocny głos. Emocje, emocje, emocje. Teksty, których nie rozumiem, a jednak zachłannie czytam. Jesteś wielka, Patti. Mimo wszystko.
