poniedziałek, 26 sierpnia 2013

O rodzinie silnej miłością ("Małe kobietki", L. M. Alcott)



Meg, Jo, Beth i Amy – cztery dziewczęta, które, choć tak skromne, ułożone i grzeczne, zawojowały świat. Małe kobietki, które szturmem wkradły się do serc tysięcy. Dziewczęta, które roztaczają wokół siebie aurę ciepła i miłości. Wskazywane jako przykład. Odległe, żyjące w innych czasach, ale tak bliskie, że czytelnik bez wahania chce się z nimi zaprzyjaźnić, z nimi rozmawiać, wygłupiać się, żyć. Razem ze swoją, stawianą za wzór, mamisią tworzą istną plejadę charakterów. I tworzą rodzinę silną miłością.

Właśnie na „Małych kobietkach” przez lata wychowywały się panienki z dobrych domów. Znających powieść nie powinno to dziwić, bo jest to książka przesycona do cna dydaktyzmem. Wiadomo – nikt nie lubi, jeśli ktoś próbuje go na siłę umoralnić, żaden człowiek nie przepada za wysłuchiwaniem kazań. Tak myślałam. Tak myślałam do czasu, w którym przeczytałam tę opowieść.  Nie wiem, jak Louisa May Alcott zdołała uczynić taki paradoksalny cud, nie mam pojęcia, jakim sposobem ten dydaktyzm uwypukliła i zarazem ukryła. Wiem, że nie przeszkadza mi on w najmniejszym stopniu. Nie mierził w czasie czytania, nie irytuje teraz. Może dałam się całkowicie oczarować dobrocią, jaka bije z tej książki? Pozwoliłam rzucić na siebie urok?  Pokochałam ją tak, jak powinno się kochać – akceptując wady i zalety, nie stawiając warunków…?

Jedno jest pewne – to piękna książka. Pomocna i przydatna, gdy tego chcemy. Sympatyczna i puchata, gdy potrzebujemy podniesienia na duchu. Wspaniale skonstruowana, gdy raczymy zwrócić na to uwagę. Z cudownymi postaciami, jeśli poczujemy się jak niesforna młodzież.
Cóż, jestem w takim wieku (nieznośne zawieszenie między dzieciństwem a dorosłością), że bliskie mi są kłopoty okresu dojrzewania, w którym się najczęściej zbyt dużo myśli, a nic z tego nie wynika. Bez problemu mogłam utożsamić się z dziewczętami – raz z jedną, potem z drugą. Słuchałam więc rad mamisi z uwagą i próbowałam stać się lepsza. Jak Jo (kochany postrzeleniec, wariat największy i pokrewna dusza). Towarzyszyłam małym kobietkom w ich domowych pracach, obserwowałam jak się zmieniają, kształtują siebie. Zapomniałam o całym świecie. Całym, prócz Ameryki lat sześćdziesiątych XIX wieku. Niezwykle przyjemnym przeżyciem było ukrycie się w świecie przedstawionym przez panią Alcott, nawet jeśli gdzieś w tle trwała wojna secesyjna, a wszystkie pięć kobiet i kobietek miały serca przeszyte tęsknotą. Wspaniałym literackim doznaniem było trwanie przy Meg, Jo, Beth i Amy, dzielenie z nimi trosk i radości. Piękny był entuzjazm, którym zostałam zarażona tak, jak sąsiad Laurie i jego dziadek.

Nawet jeśli książka posiada wady (na które ja przymykam oko, o czym pisałam już wcześniej), niewątpliwie jest to powieść, którą trzeba docenić. Klimatyczna i pełna prostoty historia o zmaganiach czterech dziwiętnastowiecznych nastolatek jest ciągle aktualna i czaruje do dziś. To klasyka, którą warto znać, nie dlatego, że tak nakazuje lista BBC czy presja społeczeństwa, ale dlatego, że jest to książka jedyna w swoim rodzaju, sprawiająca wiele radości i wywołująca na twarzy szczery uśmiech. Dla mnie „Małe kobietki” stanowią kawał dobrej literatury i mają wartość osobistą.
To po prostu „moja” książka.

Louisa May Alcott, "Małe kobietki", wyd. MG, 2012, tłum. Anna Bańkowska
Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu MG.


20 komentarzy:

  1. O, całkiem niedawno czytałam i również bardzo mi się podobała. I przepiękny tekst, nic dodać nic ująć. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja cały czas czekam na to, by Twój blog ruszył... Gusta, jak widzę, podobne :)
      Bardzo dziekuję za miłe słowa.

      Usuń
  2. Zabieram się za nią już od bardzo dawna, a twoja pozytywna recenzja utwierdza mnie tylko w przekonaniu, że to książka dla mnie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że warto. Ona jest trochę w stylu Mongomery, sądzę, że ją polubisz :)

      Usuń
  3. Ale ładnie napisane ;) Książki nie czytałam, ale po takiej zachęcie może się na nią kiedyś skuszę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję, a książkę gorąco polecam :)

      Usuń
  4. Bardzo chcę przeczytać tę książkę! Zauroczyła mnie swoją okładką (tak, tak, wiem, nie ocenia się książek po okładce) i do tego jest to klasyka - czyli to, na co mam ochotę od dłuższego czasu. :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rzeczywiście wydanie jest bardzo ładne i to również przyciąga. A książka należy do klasyki nie przeznaczonej głównie dla dorosłych, ale raczej dla młodszych czytelników. Jest bardzo przystępna w odbiorze, lekka i przyjemna.

      Usuń
  5. Kocham Małe Kobietki!! :)Wręcz uwielbiam tę książkę :) Wspaniale się czyta, zaś dziewczynki wraz z mamą tworzą piękną rodzinkę, ich ciepło bije z każdej strony)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Piąteczka, Aguś! Ja też ją uwielbiam :)

      Usuń
  6. Kilkakrotnie miałam ją w dłoniach podczas szperania po bibliotece, ale zawsze odkładałam, bo to, bo tamto, bo siamto. Może w końcu się na nią zdecyduję i wreszcie zabiorę ze sobą do domu ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Warto ją zabrać ze sobą, miłe chwile gwarantowane. Ale rozumiem Twoją sytuację, u mnie też to się zdarza :D

      Usuń
  7. Piękna książka:) Nic tylko czytać i delektować się!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie! Choć ona tak wciąga, że na delektowanie się nie ma zbyt dużo czasu. Ale zawsze można wrócić... :)

      Usuń
  8. Poluję na ten tytuł od dawna, niestety moja biblioteka go nie ma, chociaż jest bardzo duża. Uważam to za lekki skandal :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rzeczywiście skandal. Nawet w mojej maleńkiej gimnazjalnej bibliotece była, w licealnej nie wiem, ale w publicznej jest kilka egzemplarzy :)
      Owocnego polowanie w takim razie :)

      Usuń
  9. Troszkę się "opuściłam" w czytaniu, bo dużo maluję!
    Zapraszam na candy!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla malowania można trochę odejść od czytania :)
      Dziękuję za zaproszenie.

      Usuń

Obserwatorzy

Archiwum bloga