Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muza. Pokaż wszystkie posty

sobota, 13 lipca 2013

Najsmutniejsza opowieść świata ("Moje drzewko pomarańczowe" J. M. de Vasconcelos)



Miało mnie nie być, miałam zniknąć na jakiś czas z blogosfery, odpocząć. Miałam nie pisać, jedynie czytać, zachwycać się, zbierać myśli. Jednak czasami takie deklaracje tracą znaczenie, zostają odsunięte w niebyt, unieważnione, przyćmione blaskiem pewnej książki. Są książki, o których trzeba mówić, które trzeba wskazywać palcem, o których trzeba opowiadać w nieskończoność, do oporu, do końca świata. Historie, które trzeba pamiętać, dopóki na Ziemi będzie żył choć jeden człowiek, choć jedno dziecko. „Moje drzewko pomarańczowe” jest jedną z takich historii. Jest opowieścią, po której przeczytaniu mam moralny imperatyw, by opowiedzieć o niej. Napisać choćby jedno zdanie, wykrzyczeć: przeczytajcie! To książka ważna, potrzebna, może najpotrzebniejsza ze wszystkich przeczytanych.

Wspomnienia. Wspomnienia z dzieciństwa, które wcale dzieciństwem nie było. Wspomnienia z dzieciństwa dorosłego, dzieciństwa, które najchętniej wyprzeć z pamięci. Pozornie zwyczajna brazylijska rodzina. Bieda, bieda, strach, strach. Brak prezentów na Boże Narodzenie, dzieci z mnóstwem zajęć, bezrobotny tatuś, zmęczona mamusia. Życie widziane oczami dziecka, niespełna sześcioletniego Zezé, chłopca, który próbował kochać, który szukał. Który cierpiał. Tak to w życiu bywa, cierpienie jest realnym bytem, błądzącym gdzieś wokół nas. Czasami spodoba mu się pewien człowiek, czasami zmusi go do przyjaźni. Tak to w życiu bywa, że mały chłopiec zbyt szybko musi nauczyć się żyć w świecie pełnym brutalizmu.

Zezé był chłopcem wyjątkowym. Nadzwyczaj wrażliwym, ogromnie mądrym. Niekochanym. Poharatanym. Chłopcem, których pełno w naszym dziwnym świecie. Chłopcem, który poznał, co to prawdziwy ból. Chłopcem, który umiał zabijać.

„Zabijać to nie znaczy wyjąć rewolwer jak Buck Jones i zrobić pif-paf! To wcale nie tak. Można zabijać w sercu. Po prostu przestać kogoś kochać. I wtedy ten ktoś umiera.”

Dalej płaczę. Siedzę i płaczę, próbuję złożyć słowa w jakieś nieskładne zdania, ledwo widzę litery porozrzucane na klawiaturze. To książka, nad którą się szlocha, która boli, wbija się w serce, kłuje. To historia tak smutna i straszna, że aż piękna. Przejmująco piękna.

Po co tworzyć opasłe tomiszcza o psychologii dziecka? W jakim celu je pisać, w jakim celu je czytać? „Moje drzewko pomarańczowe” wystarczy. To podręcznik do dziecięcej psychologii złożony ze 188 stron. 188 stron, niewiele słów, niewiele liter, mnóstwo mądrości. A mądrość przeszyta smutkiem.

Możliwe, że ta powieść to najsmutniejsza książka świata. Możliwe. Nieważne, jak odbierze ją pan X. i pani Y. Nieważne, jak odbierzesz ją Ty. Ja wiem, że to książka ogromnie ważna. Powieść, którą powinien przeczytać każdy człowiek. Ona nie będzie tak ważna dla dzieci, mimo że do dzieci jest w głównej mierze skierowana, ona jest potrzebna rodzicom. Gdyby istniał kanon lektur obowiązkowych dla dorosłych, „Moje drzewko pomarańczowe” musiałoby się tam znaleźć.

José Mauro de Vasconcelos, "Moje drzewko pomarańczowe", wyd. MUZA SA, tłum. Teresa Tomczyńska

niedziela, 10 lutego 2013

O Dziele Wyjątkowym


Lekturę Władcy Pierścieni skończyłam przeszło dwa tygodnie temu (Kiedy to minęło, doprawdy nie wiem. Ja i Pan Czas zdecydowanie się nie rozumiemy i trzymamy się – a przynajmniej ja – od siebie z daleka). Jednakże ciągle błądzę po Śródziemiu i ani myślę się stamtąd wynosić. Czuję się, jakbym wrosła w tę krainę, zapuściła tam korzenie. Jest mi tam po prostu dobrze, wśród wspaniałych elfów, entów, kochanych hobbitów (z którymi nadzwyczaj dobrze się dogaduję) i odważnych, szlachetnych ludzi.
Wracam do moich ukochanych fragmentów (a jest ich całe mnóstwo), układam sobie wszystko w głowie, meczę moich bliskich gadaniną o Tolkienie i całym wykreowanym przez niego świecie, czytam Listy (o te – są cudowne!), oglądam filmy i robię wiele innych bardziej dziwacznych rzeczy. (W tym momencie warto też zaznaczyć, że spełniłam swoje maleńkie marzenie i nabyłam własny, przepięknie wydany egzemplarz tego Wielkiego Dzieła. Jestem wielce kontenta).
 
Kiedy teraz na to patrzę, dostrzegam wielkość klęski. Dzieło wymknęło mi się spod kontroli i wyprodukowałem potwora: niezwykle długi, złożony, dość gorzki i przerażający romans, całkowicie nieodpowiedni dla dzieci (jeśli odpowiedni dla kogokolwiek w ogóle); nie jest to właściwie ciąg dalszy „Hobbita”, lecz „Silmarilionu” * – pisał Tolkien 24 lutego 1950 roku w liście do wydawnictwa. I chyba nie wiedział, co pisał, względnie był w okropnym stanie psychicznym (nie kwestionuję jego genialności, raczej jestem z tych, co wrzeszczą i wmawiają wszystkim, że Tolkien tym geniuszem jednak był. Po prostu się pomylił – rzecz ludzka), bo Władca Pierścieni to dzieło wybitne, nawet w najmniejszym stopniu nieprzytłaczające swoją objętością i absolutnie doskonałe. Nie bez powodu odniosło tak wielki sukces, stając się dla części społeczeństwa czymś w rodzaju „drugiej Biblii”.

Wyznawcą Tolkiena (jak się czasami nazywa jego fanów) może nie jestem, ale osobą zakochaną w jego wyobraźni, sposobie bycia i, co najważniejsze, w jego pisarstwie, już tak.  Nie znam drugiej tak bogatej, zachwycającej stylem i postaciami powieści. I choć ulubionych książek mam całe mnóstwo, a Władca Pierścieni wcale nie wychodzi poza szereg, jest to książka jedyna w swoim rodzaju. Taka, którą można czytać setki razy i za każdym odkrywać coś nowego. Taka, do której nie da się nie wracać, której się nie zapomina i której cień zapisuje się na zawsze w sercu. 

Tolkien stworzył coś nieprawdopodobnego i fantastycznego, księgę pełną humoru, strachu, przygód. A przy tym Władca Pierścieni jest aż do bólu realistyczny, pokazujący kondycję współczesnego świata. Na kartach powieści odnajdywałam siebie, czasami zagubioną, przytłoczoną ciężarem pierścienia, a czasami pełną prostej, hobbickiej radości, łaknącą wygód, smacznego jedzenia i świętego spokoju. I mimo, że Autor stronił od alegorii, jego dzieło jest niezwykle głębokie i… przesycone wartościami chrześcijańskimi.

„Władca Pierścieni” jest oczywiście zasadniczo dziełem religijnym i katolickim; początkowo niezamierzenie, lecz w poprawkach świadomie.**

Nie pozostaje mi nic poza wdzięcznością skierowaną do Tolkiena.  Cieszę się, że był taki człowiek jak on i powołał do życia tak wspaniałą historię, wraz z bohaterami, których w większości ogromnie kocham, elfickimi pieśniami, hobbickimi, żywymi piosenkami, językami, wszelkimi niebezpieczeństwami… Dziękuję. Tylko tyle.

J. R. R. Tolkien, "Władca Pierścieni", wyd. Muza (wyd. trzytomowe), 2002, tł. Maria Skibniewska
(Od wczoraj czytam fragmenty  w wydaniu jednotomowym - Muza, 2012)

* J. R. R. Tolkien - "Listy", wyd. Prószyński i S-ka, str. 227
** J. R. R. Tolkien - "Listy", wyd. Prószyński i S-ka, str.282

Obserwatorzy

Archiwum bloga