Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Literackie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Literackie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 12 października 2013

Wspomnienia, które ciągle żyją ("Dziewczynka w czerwonym płaszczyku", "Dobre dziecko", R. Ligocka)



Pierwsze było „Dobre dziecko”, czytane nocą w błyskawicznym tempie, egzystujące gdzieś obok, żywe. Gdy skończyłam, wiedziałam, że nie dam rady napisać o nim słowa. Nie potrafiłam poskładać swoich myśli, w szaro-czarno-siwym kłębku odnaleźć jakiegokolwiek kształtu, nie umiałam sprecyzować moich uczuć. Chyba do dzisiaj nie jestem do tego zdolna, dojrzałam jednak na tyle, by móc wystukać te kilka zdań.

Odnalazłam w tej książce elementy siebie. Maleńkie cząstki poupychane gdzieś między trochę przyciężkie literki. Stwierdziłam, że Roma Ligocka jest naprawdę dobrą pisarką, tworzy bardzo interesującą literaturę, niezwykle szczerą i uderzającą prawdziwością. Jednak, pewnie to brzmi – a raczej wygląda – dziwnie, zarozumiale i na pozbawione najmniejszej nawet wrażliwości, ale nie lubię Romy Ligockiej. Nie lubię i już. Między mną a jej osobą brakuje nici porozumienia, może cichej mojej aprobaty, może tego całkiem metafizycznego uczucia, które jest ze mną przy czytaniu choćby Lewisa? Nie rozumiem pani Ligockiej, a ona z pewnością nie rozumie mnie. Jej książki mnie nie rozumieją.

Potwierdzeniem jest „Dziewczynka w czerwonym płaszczyku”. Miała wszystko wytłumaczyć, rozwiać mgłę niepewności, wyklarować, wyłuskać to, czego ja nie dostrzegałam. W pewnym sensie tak się stało. Ale tylko w pewnym sensie.
Początek był mistrzowski, jeśli mogę w ogóle tak się wyrazić. Przejmujący okropnie, pourywany, ale pełny. O tym, co tak bardzo mnie boli, a co zarazem tak bardzo mnie interesuje – o wojnie oczami dziecka. O małej Żydówce, której babcia uszyła piękny czerwony płaszczyk, o życiu, w którym nie było nic innego prócz ciągłego strachu, o niekończącym ukrywaniu się, o cyjanku i wrzeszczących ludziach. Gdzieś pojawiały się chwile, w których można było połowicznie odetchnąć, przebijały się wspomnienia mamy, tęsknota do wcześniejszego, bezpiecznego świata. Początek, trochę ponad sto stron, który jest tak niezwykle przejmujący, że aż trudno to wyrazić. Początek, w którym mowa o tak straszliwych sytuacjach, że nadal nie jestem w stanie uświadomić sobie, iż zdarzyły się naprawdę. I, jak zawsze w przypadku książek o wojnie, pojawiły się w mojej głowie pytania, na które odpowiedzi nie ma i nigdy nie będzie…

Wojna się skończyła, dziewczynka w czerwonym płaszczyku powinna dorosnąć. Powinna.
Wojna wydała owoce, wszystkie popsute, wszystkie przyprawiające o dreszcz przerażenia. Z niej zostały zrodzone choroby, które zainfekowały miliony ludzi. Powstało chore społeczeństwo, kalekie, poharatane, pokrzywdzone do granic możliwości. A wśród nich Teofila i jej córeczka, która miała nosić czerwony płaszczyk przez całe swoje życie.
Okazuje się, że właśnie o tym jest ta książka. O lękach i ich oswajaniu, a raczej niemożności ich oswojenia. Dlatego jest ona tak dobra, dlatego jest tak potrzebna.
Ale ja i tak nie lubię Romy Ligockiej.
Trochę dłuży się historia o licznych romansach, o życiu artystycznym, uzależnieniu, ciągle powracającej depresji. Trochę denerwuje zachowanie pani Ligockiej. Powtórzę się – między mną a nią nie ma nici porozumienia, nie ma też podziwu z mojej strony, nie widzę tej ogromnej siły charakteru, o której napisał wydawca na okładce. Choć współczuję pani Romie ogromnie, wydaje mi się, że jest przeraźliwie nieszczęśliwą kobietą. Moje uczucia kończą się właśnie na współczuciu, później jest tylko mętlik, nie, huragan, w którym się nie odnajduję.

Roma Ligocka, "Dziewczynka w czerwonym płaszczyku", wyd. Znak, 2001,
także "Dobre dziecko", Wydawnictwo Literackie, 2012

sobota, 31 sierpnia 2013

Wspomnienia, które czyta się jak powieść ("Był dom...", A. Szatkowska)

30 sierpnia, godz. 12.20. Zaczynam. Nie wiem, czego mogę się spodziewać, nie mam pojęcia, co otrzymam.
Początkowe zdjęcie – magia.
Pani Anno, wierzę, że będzie pięknie.

30 sierpnia, godz. 12.53. Wycieczka trwa. Dom dziadków Kossaków w Górkach Wielkich porusza moją wyobraźnię. Anna Kossak jako pani domu zdobywa moją sympatię. Niezwykła osoba. Tadeusz Kossak ze specyficznym sposobem bycia… Uśmiecham się pod nosem, lekko się chichram.
Skrzat Kacperek. Jak uroczo!

30 sierpnia, godz. 13.05. Pięknie. Pięknie pani Anna snuje swoją opowieść. Aż mam ochotę, by tak jak ona w dzieciństwie, zabawić się w Indian. W domu gwar. Przyjaciele i krewni, dzieciaki z okolic. Historie z tamtego świata. Chwile zaklęte w słowa. Już nieulotne.

30 sierpnia, godz. 13.27. „Nazajutrz rano, 1 września, samoloty niemieckie ukazują się nad Warszawą.”
Wojna. Ruch i przerażenie, ludzie próbują znaleźć azyl, miejsce spokojne i niedostępne. Wiedzą, że muszą uciekać, wiedzą, że nadchodzi okupant. Że już nic nie będzie takie, jakie do tej pory było. Mała Ania ma tylko jedenaście lat. Jeszcze dziecko. Niewiele rozumie.
Zamęt. Armia radziecka wkroczyła na terytorium Polski. Setki kilometrów zostały przebyte nadaremno. Trzeba wracać.

30 sierpnia, godz. 14.26. Dużo się dzieje. Wiele ludzi przechodzi przez te karty, miga mi przed oczami. Ludzi – siłaczy.
Ania dociera do Szymanowa, kształci się u sióstr niepokalanek. Nadzwyczajne kobiety. Zachowuję te wspomnienia dla siebie, zapisuję, ukrywam głęboko jak najcenniejszy skarb. One zawstydzają, robią wrażenie, ale budzą sympatię.

Zastanawiam się, skąd w Annie tyle pogody i umiejętności cieszenia się drobnymi sprawami w tych straszliwych czasach.

30 sierpnia, godz. 14.42. Warszawa pod okupacją. Polska Podziemna prężnie działa, a w jej ramach konspiruje Mama – Zofia Kossak – Szczucka – Szatkowska. Ja zachłystuję się opowieścią. Czuję podziw dla tych wszystkich Osób, które działały, pomagały, były obecne. Wojna to straszliwy czas, stworzenia, które z założenia mają być ludźmi, stają się potworami. Ale ile dobra przechodzi w tym okresie przez Polskę! Wybucha w najmniej spodziewanych momentach, trwa, tętni, obcuje tuż obok, otula najbiedniejszych. Ile wiary, nadziei, ile bezinteresownej miłości! Jedni upadają najniżej, jak tylko to możliwe, inni rosną, ofiarowując siebie.

„Ponownie chodziłam do „Myszki” z grypsami, ale ponadto powierzono mi parokrotnie inną misję: udział w dostarczaniu komunii świętej na Pawiak. Za specjalnym zezwoleniem Watykanu grupa osób świeckich, mężczyzn i kobiet, została upoważniona do przenoszenia konsekrowanych hostii, co było jeszcze wtedy nie do pomyślenia. Raz w tygodniu dwie osoby (zawsze dwie) przychodziły o szóstej rano do kościoła Świętego Krzyża, gdzie w bocznej kaplicy Matki Boskiej Częstochowskiej oczekiwał je ksiądz Edmund Krauze. Wręczał im puderniczkę z podwójnym dnem, specjalnie wykonaną na prośbę Mamy przez jubilera, członka konspiracji. Kapłan wkładał kilka hostii między podwójne dno. Trzema etapami, za pośrednictwem trzech różnych osób, puderniczka docierała do „Myszki”, która ją swobodnie przenosiła w torebce jako własną Był to przedmiot używany przez większość pań. Na Pawiaku „Myszka” dyskretnie przekazywała puderniczkę Wandzie (tej, którą gestapo zaaresztowało w styczniu 1941 zamiast mamy), a ta z kolei rozdawała maleńkie części hostii tym kobietom, które miały być rozstrzelane w najbliższych dniach. Często odbywało się to w toalecie. Z czasem udało się donieść komunię do męskiego oddziału Pawiaka.”

30 sierpnia, godz. 15.09. To cudowne, że dobre książki wiedzą, kiedy do nas przyjść.

30 sierpnia, godz. 16.41. Sama nie wiem, co ciągnie mnie do czyiś wspomnień, szczególnie tych wojennych. Może próba wyciągnięcia wniosków? Chęć zrozumienia historii? Staranie, by uporządkować świat?
Ta książka boli. Boli fotografia Żydówki w getcie, sprzedającej opaski z gwiazdą Dawida. Boli spojrzenie na pomarszczoną, wychudzoną twarz. Boli opis likwidacji getta. Bolą wzmianki o okrucieństwie. Boli to, że „ludzie ludziom zgotowali ten los”, jak pisała Zofia Nałkowska.

30 sierpnia, godz. 16.52. Duży sabotaż i mały sabotaż. Już wszystko rozumiem.

30 sierpnia, godz. 17.00. Kawałek historii świata – obiektywnej, ale jednak z perspektywy Anny Szatkowskiej. Dobra rzecz.
Pani Ania tak pięknie pisze…

30 sierpnia, godz. 17.24. Cud. Wolontariat. Powstanie.
Przejmująca książka.

„Na podwórku Kilińskiego 3 spostrzegamy nieznajomą dziewczynę opartą o ścianę: mokre, czarne włosy, odzież ociekająca wodą, postawa sportowa. Witamy się i przedstawiamy: ma na imię Irena. Właśnie przepłynęła Wisłę (pod nosem Niemców!), żeby wstąpić w powstańcze szeregi, a teraz czeka na rozmowę batalionu.”

30 sierpnia, godz. 17.38. A czasami wydaje mi się, że to ja mam ciężko, że przede mną piętrzą się trudności. Oni byli w moim wieku, niektórzy młodsi. Tak szybko musieli dorosnąć, tak prędko zaczęto wymagać od nich odpowiedzialności – nie tylko za siebie. Czy ja bym tak potrafiła…?

„Bo rzeczywiście jesteśmy gotowi na śmierć: z każdym dniem staje się coraz bardziej prawdopodobne, że nikt z nas nie wyjdzie żywy ze Starego Miasta.”

30 sierpnia, godz. 22.38. Wróciłam w sam środek powstania. Mimo że wspomnienia już ostygły, czuć w nich dystans, to są tak straszne, tak emocjonujące, że cała się trzęsę.
Strach.
Sytuacje tak okrutne, że aż ogarnia mnie zdziwienie, iż do nich dopuszczono. Za tym wszystkim stoją ludzie – ta myśl jest nie do zniesienia.
A mimo to książkę nadal przyjemnie się czyta, nie mam ochoty jej odkładać. To zasługa silnych, walczących, ofiarnych. I zasługa Anny Szatkowskiej.

„ – Ona leży za ścianą – szepnął któryś z chłopców – tym razem nie ujdziemy…
  „Raz… dwa… trzy… cztery… pięć… sześć… to może… siedem… być niewypał… osiem… dziewięć… dziesięć…… czternaście…… szesnaście…” bez ruchu, bez słowa, każdy w myśli liczy sekundy do śmierci… Nie przyszła. Bomba nie wybuchła.”

31 sierpnia, godz. 11.27. Nie, nie 2013 roku. 1944 roku. Rozpaczliwa walka. Braki niedające się niczym wypełnić. Rany, które nigdy nie zostaną zasklepione. Ale też wzniosłe uczucia, coś straszliwego, ale wspaniałego. To się dzieje tu, teraz, w tym miejscu. Właśnie teraz Polacy walczą o wolność.

31 sierpnia, godz. 12.32. „Dopiero teraz zdaję sobie sprawę z wagi tylko co przeżytych dni, wspaniałych i szalonych, nieludzkich i nadludzkich, wielkich i strasznych. W ciągu tych kilku tygodni wraz z naszymi przyjaciółkami z „Ewy Marii” i naszymi starszymi braćmi z „Harcerskiej” dotknęliśmy ideału życia całkowicie oddanego Słusznej Sprawie, bez wyrachowania, bez zastrzeżeń, w niezrównaniem przyjaźni, przejrzystej, serdecznej i bezinteresownej – ideału wręcz niedościgłego w zwykłych, codziennych okolicznościach.”

Nie wiem, czy było warto. Nikt nie wie.

31 sierpnia, godz. 13.33. Poruszająca, znakomicie opowiedziana historia. Wspomnienia, które czyta się jak powieść. Szkoda, że tak szybko. Książka jest tak wciągająca, że już coraz mniej zadrukowanych kartek dzieli mnie od końca…

31 sierpnia, godz. 13.59. Nie wiem, jak książka tak autentyczna, opowiadająca o wojnie w sposób tak żywy, może być zarazem pełna ciepła, uroku, pogody ducha. Nie wiem, ale „Był dom…” właśnie taki jest. Anna Szatkowska musi być niezwykłą kobietą. Dziękuję.

Anna Szatkowska, "Był dom... Wspomnienia", Wydawnictwo Literackie, 2006


PS Są takie książki, o których trzeba wspomnieć, nawet mimo zamknięcia, zawieszenia, zmęczenia i wszelkich innych katastrof. Trudno, chyba już za bardzo się przyzwyczaiłam.

sobota, 18 sierpnia 2012

"Zwierz w łóżku"




Autor: Dorota Sumińska
Wydawnictwo: Literackie
Rok wydania" 2009







Bardzo cenię Dorotę Sumińską. Z wykształcenia jest ona lekarzem weterynarii, z zamiłowania behawiorystą zwierzęcym, felietonistką, pisarką. Prowadzi programy radiowe i telewizyjne. Napisała kilka poradników, powieści, autobiografię…

Podobno pochodzimy od małpy… Jednak gdy przyjrzymy się zachowaniom innych zwierząt i porównamy je z ludzkimi, wyciągniemy zaskakujące wnioski. Jesteśmy podobni do ptaków, słoni, niedźwiedzi a nawet…niesporczaków! Nie wierzycie? Koniecznie przeczytajcie „Zwierza w łóżku”!

„Zwierz w łóżku” to zbiór krótkich, zabawnych i pouczających historii „prosto z życia”. Dorota Sumińska wskazuje różne typy ludzkie, mające swoje odzwierciedlenie w danych zwierzętach. Bardzo ciekawie opisuje naturę i zachowania, „naszych braci mniejszych”, głównie te związane z instynktem rozrodczym, dobieraniu się w pary, zalotach, opiece nad potomstwem. Przy każdej ciekawostce ze świata zwierząt autorka opisuje analogiczną sytuację ze świata ludzi.  

Książka jest urocza, lekka i ciekawa, okraszona pewną dozą dobrego humoru. Czyta się ją naprawdę przyjemnie, z uśmiechem. Pani Sumińska niewątpliwie jest świetną obserwatorką. Myślę też, że nikt nie potrafi tak mądrze i ciekawie opowiadać o zwierzętach.

„Zwierz w łóżku” na pewno nie jest najlepszą książką w dorobku Doroty Sumińskiej. Nie „przebija” rewelacyjnego „Świata według psa”, ale jest to pozycja godna polecenia. Nie tylko dla „zwierzakolubów”, ale także dla osób zainteresowanych po prostu ludźmi. :)





Obserwatorzy

Archiwum bloga