Weekendy majowe
sprzyjają lenistwu, a ja lenistwo lubię. Nie znaczy to jednak, że siedzę
bezczynnie i obserwuję przepływający czas, ale siadam i z radością nadrabiam to,
na co nie mogę sobie pozwolić w zwykłe, wypełnione szkołą dni.
A nie mogę pozwolić sobie na filmy. Przejrzałam więc swoje wszystkie płyty: to oglądałam, na to nie mam ochoty, to leciało u mnie kilka dni temu, to za smutne, tego się boję. Może powtórzę „Władcę Pierścieni”? Nie chyba jeszcze nie przyszedł ten czas. A jak zacznę, to 9 godzin minie niepostrzeżenie. „Służące”? Nie, najpierw książka. To może coś z Johnny’m ulubionym? To była myśl, moi drodzy, to była myśl. Johnny’ego Deppa lubię od czasów „Piratów z Karaibów”, którymi, jak większość dzieciaków i nastolatków, się zachwyciłam. Orlando wyglądał obłędnie, Keira fajnie machała szablą, Johnny rozśmieszał mnie do łez, muzyki mogłam słuchać na okrągło. Dialogi też mi były znane.
Ale że „Piratów..” znam prawie na pamięć (choć tęsknię za nimi i, i tak muszę obejrzeć!), zdecydowałam się na „Edwarda Nożycorękiego”. Mery polecała, zaczynało się dziwnie - no cóż, może i moje klimaty?
A nie mogę pozwolić sobie na filmy. Przejrzałam więc swoje wszystkie płyty: to oglądałam, na to nie mam ochoty, to leciało u mnie kilka dni temu, to za smutne, tego się boję. Może powtórzę „Władcę Pierścieni”? Nie chyba jeszcze nie przyszedł ten czas. A jak zacznę, to 9 godzin minie niepostrzeżenie. „Służące”? Nie, najpierw książka. To może coś z Johnny’m ulubionym? To była myśl, moi drodzy, to była myśl. Johnny’ego Deppa lubię od czasów „Piratów z Karaibów”, którymi, jak większość dzieciaków i nastolatków, się zachwyciłam. Orlando wyglądał obłędnie, Keira fajnie machała szablą, Johnny rozśmieszał mnie do łez, muzyki mogłam słuchać na okrągło. Dialogi też mi były znane.
Ale że „Piratów..” znam prawie na pamięć (choć tęsknię za nimi i, i tak muszę obejrzeć!), zdecydowałam się na „Edwarda Nożycorękiego”. Mery polecała, zaczynało się dziwnie - no cóż, może i moje klimaty?
Pierwszy raz
zetknęłam się z reżyserią Tima Burtona, choć brzmi to może trochę
nieprawdopodobnie. Wiem jednak, że na tym jednym razie się nie skończy, bo
wizję Burtona polubiłam. W „Edwardzie Nożycorękim” jest trochę mrocznie, na
skórze pojawia się gęsia skórka, ale całość utrzymana jest w baśniowej
konwencji. Surrealizm wylewa się hektolitrami, zadziwia świetne zastawienie
kontrastów. Z jednej strony Edward – zagubiony, nieśmiały, z pogranicza jawy i
snu, niemający w sobie nic konwencjonalnego, a z drugiej strony prawie
identyczne domki, cukierkowa atmosfera, ład i porządek. Edward, dzięki miłej,
empatycznej konsultantce Avonu, z
mrocznego zamku trafia do świata zupełnie innego od niego samego. Świata, w którym
nawet mężczyźni o tym samym czasie wyjeżdżają do pracy i w którym dla Edwarda
niestety… nie ma miejsca.
Gra aktorska Deppa,
jak zwykle, genialna. Jego Edward jest tak rozczulający i zdezorientowany, że
momentalnie chwyta za serce. Złego słowa powiedzieć nie można, to postać
dopracowana w każdym calu i zagrana rewelacyjnie. A ja jestem tylko pod
wrażeniem wszechstronności tego aktora, który doskonale umie zagrać i wariatów,
i szurniętego egoistę Sparrowa, i nie-zwykłego pisarza Barriego, i wrażliwca
z nożyczkami zamiast dłoni…
Sama fabuła niby jest
prosta, nie ma w niej większych komplikacji. Jest jednak tak poruszająca, że
przez większość filmu ma się gulę w gardle i łzy w oczach. Jest w niej też
drugie dno, które koniecznie trzeba odkryć, inaczej film może wydać się
nieinteresujący (choć on jest tak wspaniale przejaskrawiony i ma w sobie taką
magię, że to raczej nierealne). Smutna to historia, na pewien sposób
fascynująca, na pewno jedyna w swoim rodzaju. I przedstawiona tak, że lepiej
już być nie mogło.
Mnie film urzekł i
pewnie będzie urzekał tyle razy, ile będę go oglądać. Wam polecam z całego
serca, a sama już szykuję się do kolejnego seansu w reżyserii Burtona, z Deppem
w roli głównej…
