sobota, 14 września 2013

Jak Tolkien książki pisał, czyli "Listy" J. R. R. Tolkiena.



Tolkiena się nie czyta. Tolkiena się odkrywa.

Można zacząć tak jak ja, zgodnie z wydaniem, od „Hobbita”. Można poznawać Śródziemie, wychodząc z domu z Bilbem. Można najsampierw szukać odpowiedzi na gollumowe zagadki. Można dobrze się bawić, odkładać poważniejsze wstawki na inne, zakurzone miejsca, wkładać do szuflady bitwy i poczucie, że to miało być coś dłuższego, bardziej monumentalnego, nie tak ograniczonego przez okładki i ilość stron. Można. Przecież najważniejsze to wyjść za próg i pozwolić swoim nogom na samowolną wędrówkę.

Można też zacząć od razu od dzieła sztandarowego. Zachwycić się poematami wplecionymi w prozę, porozpływać się nad Aragornem, pomilczeć z Legolasem, rzucić jakieś uszczypliwe, ale przyjacielskie słówko w kierunku Gimliego. Ale nie tylko. „Władca Pierścieni” otwiera przed nami większe możliwości. Pozwala nam na wybieranie odpowiednich fragmentów i szukanie ulubionych bohaterów. Wyznacza kilka dróg, resztę pozostawia nam. Można się wynudzić i narzekać na rozwlekłe opisy. Można też uświadomić sobie, że już nie ma innego świata, prócz Śródziemia.

Niektórzy lubią jeszcze ambitniejsze wyzwania. Witają się z profesorem słowami Elen síla lúmenn' omentielvo i rozprawiają o elfach, jak o równych sobie. Poznają siebie przez „Silmarillion” i myślą, że porządny był ten kronikarz, jak mu tam?, a Tolkien. 

Różne drogi, jeden Człowiek. Jego książki mówią o nim więcej, niż pewnie sam by tego chciał. Pokazują, że ma się do czynienia z jakimś kompletnym wariatem, kimś o niesamowitej wyobraźni, kimś z taką mocą w ręku i umyśle, że w pewnym momencie zaczyna się podejrzewać go o elfickie korzenie.
Pociąga jego fascynacja, pasja, którą rozwijał mimo wszelakich przeciwności. Pociąga on sam, już nawet nie jako genialny pisarz, ale jako ojciec, mąż, profesor, przyjaciel, człowiek, którego znajomi z uniwersytetu zapamiętali jako świetnego gracza w rugby i miłośnika kolorowych skarpetek.

Sięga się więc po „Listy”. Bezwstydnie łamie się tajemnicę korespondencji, by poobcować trochę z wysokim i szczupłym Johnem, trochę eleganckim, ale raczej prostolinijnym. 354 listy, niektóre na kilka stron, inne całkiem krótkie, malują przed nami obraz. 

Tolkien, wbrew temu co mogą sugerować jego powieści, nie był wcale oszalałym geniuszem z odległej planety. Był geniuszem, możliwe, że trochę szalonym (kiedyś doszliśmy z W. do wniosku, że każdy artysta jest w pewnym stopniu nienormalny), ale jednak mieszkał na Ziemi. Uczył się, uczył innych, założył rodzinę, wymyślał opowieści – żył podobnie jak wszyscy inni. Miał swoje słabości, trudno się z nim pracowało, lekceważył terminy, potrafił być uszczypliwy, marudził, gdy coś nie szło po jego myśli.

„Jestem bardzo niezadowolony ze skrajnej głupoty i niekompetencji Z. oraz jego całkowitego braku szacunku dla oryginału (nowela filmowa wydaje się celowo chybiona niemal we wszystkim, i to bez żadnych widocznych powodów formalnych).”

Nie lubił mówić o sobie. Nie zgadzał się na wywiady. Nie wpuszczał do miejsc, w których pracował, nie pozwalał na wchodzenie z butami do jego życia, a zarazem życia jego żony.  Przeżył historię miłosną jak ze swojej własnej książki, mawiał, że ukochana Edith była jego Luthien i właśnie to imię kazał umieścić na jej nagrobku.
Był zwykłym angielskim profesorem, studenci go lubili, choć mówił cicho i szybko, raczej niezrozumiale. Ciągle borykał się z kłopotami finansowymi. Zamiast odpoczywać, pisać, spacerować, spotykać z przyjaciółmi (a miał ich sporo), sprawdzał prace egzaminacyjne. Pieniądze były potrzebne, a to było dodatkowo płatne. 

Sukces nadszedł niespodziewanie.

„Na temat początków Hobbita pamiętam tylko to, że siedziałem nad pracami egzaminacyjnymi, nieskończenie znużony tym dorocznym obowiązkiem wmuszanym ubogim akademikom mającym dzieci. Na czystej kartce papieru napisałem: "W pewnej norze ziemnej mieszkał sobie pewien hobbit". Ani wtedy, a nie teraz nie wiem, dlaczego to napisałem. Przez dłuższy czas nic z tym nie robiłem i przez kilka lat udało mi się tylko sporządzić Mapę Throra. Na początku lat trzydziestych zrodził się z tego jednak Hobbit, który został w końcu wydany nie z powodu entuzjazmu moich dzieci (chociaż dosyć im się podobał), lecz dlatego, że pożyczyłem go wtedy matce przełożonej z Cherwell Edge, kiedy miała grypę, i zobaczyła go była studentka, która w owym czasie pracowała w biurze wydawnictwa Allen and Unwin.”

Angielski czytelnicy polubili Bilba i jego przygody. Okrzyknęli „Hobbita” drugą „Alicją w Krainie Czarów” i tym samym, wprowadzili Tolkiena i jego wydawcę w osłupienie. Po pewnym czasie, już pisarz, został poproszony o napisanie kontynuacji historii o hobbitach. W rezultacie powstała powieść licząca ponad 2000 stron, utrzymana w zupełnie innym klimacie niż się spodziewano, złożona i gorzka, niekierowana do nikogo, wręcz bez odbiorcy.  15 lat mozolnej pracy, 15 lat czekania, później problemy z wydaniem, znowu czekanie. Resztę już znamy. 

Po ogromnym sukcesie „Władcy Pierścieni”, stał się rozpoznawalny. Odpowiadał na listy czytelników, którzy pragnęli więcej, wyszukiwali nieścisłości, domagali się innych historii. Zgadzał się na kolejne przekłady, wznowienia, wydania. Ciągle jednak pozostał taki sam – trochę marzyciel, trochę hobbit, miłośnik prostoty i nieskomplikowanego humoru.

„[Hodowczyni kotów z Cambrige zapytała, czy może zarejestrować miot syjamskich kociąt pod imionami zaczerpniętymi z Władcy Pierścieni.]
14 października 1959

Moim jedynym komentarzem są słowa Puka o śmiertelnikach*. Niestety, w moim pojęciu koty syjamskie należą do fauny Mordoru, ale nie musicie tego mówić tej hodowczyni.”

Wzruszają listy do synów, długie, czasem poważne, osobiste. O stosunkach damsko – męskich, o Najświętszym  Sakramencie, o wierze i wątpliwościach, o zdrowiu, o wojnie. Pisał o tym, co uznawał za ważne, pisał, by podziękować. Czasem skreślał kilka budujących słów. Był niezwykłym człowiekiem, nie bez wad, ale z wielkimi zapasami dobra.

Cudownie czyta się o spotkaniach Inklingów, o ulubionym Lewisie, z którym Tolkien nie zawsze się zgadzał, a którego często krytykował, o rozterkach pisarza, który więcej myślał o Tomie Bombadilu niż tym, co dzisiaj na obiad. Nie spodziewałam się, że lektura listów może być tak niezwykłą czytelniczą przygodą. Nie myślałam, że mój egzemplarz będzie poobklejany samoprzylepnymi karteczkami. Teraz mam swoje ulubione fragmenty, wracam, odkrywam znowu, uśmiecham się do Tolkiena, który Gdzieś Tam przecież jest. Ciągle dostrzegam coś nowego, ciągle czuję tę radość, którą sprawia mi czytanie tego, co On napisał.

Ja jestem zachwycona tym tomem.

J. R. R. Tolkien, "Listy", wyd. Prószyński i S-ka, 2010, tłum. Agnieszka Sylwanowicz

* "Śmieszni są ci śmiertelnicy" (William Szekspir, "Sen nocy Letniej", przeł. Stanisław Barańczak).
Wszystkie cytaty pochodzą z opisywanej książki.

16 komentarzy:

  1. Lubię.
    Czytam sobie spokojnie, przy gorszych dniach. Taki spokój bije od Tolkiena...

    OdpowiedzUsuń
  2. Ciekawe czy i ja ten tom polubię?
    Najpierw jednak zacznę od jego twórczości. Dokończę "Władcę pierścieni" oraz zabiorę się za Hobbita :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie, lepiej sięgnąć po tę książkę już ze znajomością najważniejszych książek Tolkiena. Ciekawe, czy po WP spodoba ci się "Hobbit". Bo to jakby inny poziom :D

      Usuń
  3. Koniecznie muszę sobie zakupić własny egzemplarz.
    To zdanie, na początku, zasłyszałaś gdzieś czy jet twoje? Bo jest genialne. Proste, ale takie... prawdziwe. Aktualnie odkrywam sobie "Niedokończone opowieści" :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem, Wiko, skąd ono się wzięło. Po prosto pojawiło się w mojej głowie, ja je zapisałam, a później dorobiłam resztę. Więc jakby moje, ale może i gdzieś je usłyszałam?
      "Niedokończone Opowieści" na mojej półce. Czekają sobie. A później "Opowieści z Niebezpiecznego Królestwa"...

      Usuń
  4. Jestem strasznym, nieuleczalnym old schoolowcem jeśli chodzi o fantasy.
    I w moim serduszku jest najpierw Tolkien, później długo, długo nic i dopiero J.K. (z sentymentu).

    Przeklinam w sindarinie (: [istnieje jedno, oficjalne przekleństwo, ale jakieś one mocne, dwuznaczne i wszystko wyrażające!]

    A czytałaś biografię Carpentera? Zlecam, koniecznie, ładne rzeczy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Panią Rowling też lubię. Ale do Tolkiena porównywać jej nie można, między nimi jest przepaść.
      Przekleństwa w sindarinie nie znam (sprytne!), ale zdarza mi się witać lub żegnać w sindarinie lub w quenyi. I tengwaru się kiedyś uczyłam, kilka słów zapiszę :D

      Biografii Carpentera jeszcze nie czytałam, ale posiadam i się do niej przymierzam.

      Usuń
  5. Ależ się cieszę, że mam ten tom na półce :):):) a Tolkiena wielbię :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też się cieszę, Marto. Będziesz zachwycona :)

      Usuń
  6. Ta księga przede mną ;)
    http://ksiazkowa-fantazja.blogspot.com/
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Książka czeka na półce.
    Najpierw jednak muszę uporać się z "Władcą Pierścieni". Już niedługo może go skończę. :)
    Piękny tekst. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, Aniu.
      Ciekawa jestem, jakie będą twoje końcowe wrażenia po WP :D

      Usuń

Obserwatorzy

Archiwum bloga