Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nasza Księgarnia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nasza Księgarnia. Pokaż wszystkie posty

środa, 4 grudnia 2013

Francuska podróż dobiegła końca. ("Podróż do miasta świateł. Rose de Vallenord", M. Gutowska - Adamczyk)



Czekałam na tę książkę dokładnie rok, cieszyłam się na samą myśl, że jeszcze raz wybiorę się do Paryża z czasów belle epoque, do Paryża bawiącego się, Paryża pełnego barw, miasta, oferującego tysiące fantastycznych doznań. Do miasta świateł, który w dwutomowej opowieści Małgorzaty Gutowskiej - Adamczyk  jest pełnoprawnym bohaterem, i jak się okazuje, bohaterem najciekawszym.
Gdzieś w zakamarkach Brulionu można odnaleźć moje entuzjastyczne, radosne zapiski, które poczyniłam po przeczytaniu pierwszej części. Byłam oczarowana historią rudowłosej dziewczynki, później charakternej pannicy i odrzucającej konwenanse malarki. Autorka wspięła się na wyżyny, stworzyła powieść obyczajową, z gatunku literatury kobiecej, ale powieść przepełnioną szczególikami z życia paryżan i autentycznie tchnącą klimatem miasta.
Tym większe jest moje rozczarowanie, niestety.

Rose z drugiego tomu nie jest moją Różą z Wolskich.
Jej dzieje nie są uplecione tak misternie, jak tego oczekiwałam.
Powieść nie jest tak wciągająca, jak się spodziewałam.
Fragmentów drażniących mnie jest zbyt wiele, by mogło się obejść bez zgrzytów.
Warstwa współczesna nie oferuje nic, co mogłoby mnie pochłonąć czy zainteresować.
Przedstawione wydarzenia przyjmowałam całkowicie beznamiętnie, bez większych wzruszeń. Słowem, kataklizmu nie było, świata nie trzeba było ratować, nie łkałam ani z radości, ani z rozpaczy.

Potencjał został zmarnowany, a historia Róży stała się całkiem niezłą (tylko albo aż) powiastką kobiecą, raczej niewychodzącą ponad poziom. Słabą fabularnie, jednak dobrą językowo, napisaną ze swadą i wdziękiem.

Ale Paryż, mimo że stale się zmienia, równie permanentnie jest tak samo atrakcyjny i to właśnie on stanowi największy atut tej książki. Razem ze wzmiankami na temat mody, historii, polityki czy sztuki nadaje „Podróży do miasta świateł” smaku i niepowtarzalnego charakteru. I mimo że czasami wręcz przymuszałam się do lektury (choć powody tego mogą być zupełnie inne niż sama książka… może o tym też w Brulionie wspomnę?), zawsze czytanie kończyłam po kilku godzinach, czując nie tylko coś  w rodzaju zawodu na czymś, kimś dotychczas niezawodnym, ale także zwykłą czytelniczą radość z tego, że jestem, czytam, mogę bardziej lub mniej przeżywać – jest gorzej, ale cały czas na poziomie.
Francuska podróż dobiegła końca. I chyba nawet nie jest mi szczególnie smutno.

Małgorzata Gutowska - Adamczyk, "Podróż do miasta świateł. Rose de Vallenord", wyd. Nasza Księgarnia,  2013


czwartek, 14 marca 2013

Powrót do Pogodnej

 
Chyba się jednak zmieniłam. A raczej moje gusta się zmieniły. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że książki, które kiedyś czytałam z przyjemnością, teraz wydają mi się beznadziejną stratą czasu, irytującą quasi-rozrywką, banalną lekturą, na którą ja (wiecznie zabiegana, z deficytem godzin) nie powinnam nawet spoglądać kątem oka? Jakieś kilka miesięcy temu rzuciłam w Mordor (wiem, że bez ładu i składu, ale nadal siedzę po uszy w Śródziemiu i nie mam zamiaru się wyprowadzać – a z tego wynikają różne, dziwne rzeczy) tak zwaną literaturę kobiecą (chociaż te podziały są trochę bez sensu) i zaczęłam czytać sama-nie-wiem-co (pomieszanie klasyki z obyczajówkami, fantasy, baśniami, historią i psychologią). Ale nie! Wcale nie pojawiła mi się czerwona lampka sygnalizująca, że nie mam czasu, nie chcę, nie mogę, nie powinnam i w ogóle teraz najodpowiedniejszą lekturą dla mnie jest podręcznik do biologii, względnie chemii, ewentualnie książka, którą zapamiętam na całe życie. I przez tę okropną czerwoną lampkę, której wcale nie było, z uśmiechem od ucha do ucha, wzięłam do ręki trzecią i ostatnią część „Sklepiku Z Niespodzianką”.

A teraz powinnam to wszystko wykreślić, bo głównym powodem jednak było to, że dwie poprzednie części były miłe, przyjemne i pokrzepiające. Szkoda, że tylko dwie poprzednie, ot co.

Książka krótka, niezachwycająca objętością (za to okładką i ogólnie wydaniem już tak), ale irytująca okrutnie. Co kilka stron mówiłam do siebie łagodnym tonem: Kingo, czytaj dalej, rozkręci się, później będzie lepiej. Zobacz, to początek dopiero. Będziesz skreślać książkę na początku? Tak na nią czekałaś, tak lubiłaś tę Lidkę, no, czytaj, czytaj…
Tak sobie powtarzałam do ostatniej strony. Książka została przeczytana, a ja siedziałam skamieniała z dość głupim, jak mniemam, wyrazem twarzy. Chciało mi się psioczyć, krzyczeć, wierzgać, płakać, wszystko na raz. Bo spodziewałam się MOJEGO przytulnego, swojskiego Sklepiku, a dostałam zamerykanizowane, banalne, poplątane, nielogiczne, napakowane niepotrzebnymi sytuacjami Coś.

Ja naprawdę miałam dobre chęci! Ale „Lidka” jest po prostu niestrawna. Absurd goni absurd, nie raz można się też skrzywić z niesmakiem. Mam wrażenie, że książka ta została napisana… hmm… dla pieniędzy? Bo musiała zostać napisana? Bo czytelniczki czekały, bo wydawca czekał? Nie wiem, jaki był powód, ja odebrałam tę książkę jako tekst totalnie nieprzemyślany, chaotyczny i właśnie: nielogiczny. (Ja wiem, że sama tak piszę – kompletnie bezładnie.  Dlatego nie zabieram się za pisanie książek, ot cała filozofia). Pytam się ja: po co ta Lidka tkwiła w związku z toksycznym mężusiem?! Oporów natury moralnej nie miała, Igorek był pod bokiem, no po co?! Mniejsza. (Dziwnych, niezrozumiałych wątków jest znacznie więcej, jednak przymknęłam już na nie oko).

Nie rozumiem też „pakowania” do książki wszystkich możliwych dramatów. Czy naprawdę trzeba było wplatać poważną, przerażającą sytuację w Somalii do naciąganych, miłosnych problemów naiwnej (i głupiutkiej…) Bogusi? Czy naprawdę trzeba było obarczyć nasze bohaterki (a najbardziej Lidkę) całą masą nieszczęść, by później wszelkie problemy rozwiązały się w jakiś cudowny, niewytłumaczalny sposób? Chyba nie pojmuję pisarstwa pani Michalak (korekta: aktualnego pisarstwa pani Michalak, wcześniej było w porządku) i zwyczajnie nie dla mnie takie lektury. 

Słowem, rozczarowałam się. I mi zwyczajnie smutno, że dostałam dokładnie to, czego nie chciałam. Tak nie miało być. Miało być uroczo, błogo, trochę wzruszająco, trochę smutno. Miało być pięknie. Miałam spędzić czas w sympatycznym towarzystwie. Było zupełnie odwrotnie. Przykre. Ale chyba mam nauczkę.


Katarzyna Michalak, "Sklepik Z Niespodzianką. Lidka", wyd. Nasza Księgarnia, 2012

Mimo wszystko, bardzo dziękuję za książkę Autorce i wydawnictwu Nasza Księgarnia :)

* Konkretniej o fabule można przeczytać np. na lubimyczytac.pl, ja nie wiedziałam, jak się za to zabrać. I nie przepadam za streszczeniami.

poniedziałek, 10 grudnia 2012

"Złodziejka książek"


Powiedzmy sobie szczerze, że nie umiem napisać recenzji tej książki. Bo jak to? Przeczytałam powieść, na której lekturę czekałam kilka miesięcy, która okazała się czymś pięknym i strasznym do bólu i teraz mam tak po prostu przejść do porządku dziennego i napisać „Markus Zusak to to, to i tamto, a Złodziejka książek to powieść taka, taka i taka”? Tak? Tak mam napisać? Nie dam rady, nie umiem, nie potrafię. Nie będę też porywała się z przysłowiową motyką na przysłowiowy księżyc i próbowała sklecić coś rozsądnego, coś, co oddałoby choć po części ducha tej książki. Tego nie potrafię tym bardziej.

Tak, mam problem z książką, której tytuł nie widnieje na liście BBC, która nie należy do klasyki i nie jest znana przez przeciętnego, statystycznego Polaka. Mam problem z książką, której nie posiada moja całkiem nieźle wyposażona biblioteka.  Książką, o której pewnie nie słyszałabym do dziś, gdybym swojego czasu nie znalazła sobie dziwnego hobby polegającego na przeglądaniu przeróżnych blogów traktujących o książkach. Siedzę teraz wygodnie na fotelu, myśląc nad tym problemem i zastanawiając się „po co ja to w ogóle piszę?”. Nie wiem, nie wiem, naprawdę nie wiem. 

Może po to, ze właśnie zrozumiałam, że słowa naprawdę mają moc. I słowami chcę Wam przekazać piękno. 

Liesel też kochała słowa. Lecz zarazem nienawidziła je. Była małą, przestraszoną dziewczynką, kiedy w pociągu umarł jej braciszek. Później odeszła matka. Ojca nawet nie pamiętała. Jednak Liesel miała pamiątkę, miała książkę – „Podręcznik grabarza”. Niezbyt odpowiedni tytuł jak dla małej dziewczynki, prawda?
Małe, wychudzone i śmiertelnie przestraszone dziecko trafiło do rodziny zastępczej. Zamieszkało przy ulicy Niebiańskiej – Himmelstrasse wraz z wyglądającą jak szafa i mającą bardzo cięty język Rosą oraz cichym akordeonistą, malarzem pokojowym Hansem. Mieszkała, uczyła się czytać, zawierała przyjaźnie i kradła. Książki oczywiście. Słowa, słowa, słowa. 

A prawie cały świat pogrążony był wtedy w wojnie.

„Był sobie raz dziwny mały człowieczek, który podjął trzy ważne życiowe decyzje:
1. Zrobił sobie przedziałek po innej stronie niż wszyscy.
2. Zapuścił mały kanciasty wąsik.
3. Postanowił, że zdobędzie władzę nad światem.
"

Pierwszy raz spotkałam się ze Śmiercią w roli narratora. Uwierzcie, Śmierć umie opowiadać. Robi to w przystępny, lecz specyficzny sposób. Dodaje swoje uwagi i spostrzeżenia. Czasami wyprzedza akcję, czasami jest cyniczny, ale… ma serce. I czuć to z każdej strony. 

O wojnie można mówić w sposób czuły. Mimo, że wojna to bez wątpienia największa w historii machina do zabijania, najwyższe okrucieństwo na świecie (nawet Śmierć jej nie lubi), to ona także może wzruszać, przejmować i łapać za serce. Być człowiekiem w czasach Hitlera? Wręcz niewykonalne. A Oni byli. Dzielili się, pomagali, żyli dobrze, porządnie, jak zawsze. Kochali. Dzięki temu ta książka jest śliczna. Po prostu śliczna, cudowna, subtelna. I przerażająca, wstrząsająca, taka, że czytelnik tylko może trząść się ze strachu.

Rzadko płaczę przy książkach. Raczej zdarza mi się to przy filmach. Powieści, które doprowadziły mnie do łez mogę policzyć na palcach jednej ręki. Czytałam wcześniej o tym, że „Złodziejka książek” jest bardzo wzruszająca. Jednak czytałam, czytałam i… nic. W sercu, w głowie miałam mętlik, przeróżne myśli, wszystko bardzo mocno przeżywałam, ale moje policzki były suche. [MINI-SPOILER] Jedynie, parada Żydów i zachowanie Hansa sprawiło, że lekko zaszkliły mi się oczy. [KONIEC SPOILERU]. Gdy byłam przy końcu książki, myślałam „Widzisz, Kingo? Jesteś twarda. Nic cię nie wzrusza, a ty mówiłaś, że beksą jesteś. A tu suprise! Wszyscy płaczą a ty nie!”. I wtedy zaczęła się część dziesiąta. Nie wytrzymałam, nie dałam rady. Szlochałam. Łzy kapały na poduszkę, kap, kap, kap. Stała się tak mokra, jakbym włożyła ją pod prysznic i wtedy… zamknęłam książkę. Przepłakałam dokładnie 46 stron, aż do końca. Taaak, twarda Kinga... Już dawno nie przeżyłam czegoś takiego (Jeśli już płaczę przy książce, to robię to cicho i niezauważalnie).

Napisałabym więcej. Napisałabym, co o tym wszystkim myślę, jak to wszystko rozumiem. Opowiedziałabym o moich dogłębnych wrażeniach, o tym, co się u mnie zmieniło po lekturze tej powieści, ale… Nie. Nie będę Wam nic narzucać. Nie będę Wam niszczyć zabawy. Odnajdźcie TO sami. Przeczytajcie i przeżyjcie te wydarzenia wraz z Liesel, Rudym, Maksem, Hansem, Rosą. Posłuchajcie Śmierci. Poznajcie.

Słowa, słowa, słowa.

Markus Zusak, "Złodziejka książek", wyd. Nasza Księgarnia 2008



środa, 31 października 2012

"Kubuś Puchatek"




Autor: Alan Alexander Milne
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Tłumaczenie: Irena Tuwim








Misia o Bardzo Małym Rozumku zna każdy.
Czyżby?

Ostatnio pokochałam klasykę dziecięcą. Zaczęło się przypominanie, wspominanie, tęsknota. Jakże wielkie było moje zaskoczenie, kiedy uświadomiłam sobie, że „Kubusia Puchatka” NIE PAMIĘTAM! Owszem, wiedziałam, że mieszkał w Stumilowym Lesie, był „puszysty”, lubił jeść małe Conieco, miał wielu przyjaciół. Pamiętałam rozbrykanego Tygryska, zawsze irytującego mnie Królika, Sowę Przemądrzałą, kochanego Prosiaczka, Kangurzycę, Maleństwo, Kłapouchego, Krzysia… Ale co się z nimi działo? Miałam niemałą zagwozdkę. Przerażona tym faktem, poleciałam do biblioteki, uśmiechnęłam się do zdziwionej bibliotekarki i lekko skonsternowana wróciłam do domu.
 „Kubuś” trochę przeczekał na półeczce. Ja jakoś miałam pilniejsze lektury, ale ogarnięta kacem książkowym po niezapomnianej „Podróży do miasta świateł” zaczęłam szukać jakiejś deski ratunku. Musiałam się z tego kaca wyleczyć, ot co. Padło na tę całkiem niepozorna, dziecięcą książeczkę.

Wyszło na to, że teraz mam kolejnego kaca…

Tak, znana lektura z podstawówki mnie porwała! Jest świetna!
Poza tym… Jakże miło się zdziwiłam! W trakcie lektury w mojej pamięci zaczęły się otwierać klapki, klapeczki, zaworki… Przypominałam sobie. I już po pierwszym rozdziale mogłam powiedzieć, co będzie dalej! Niesamowite!

Stumilowy Las nie chciał mnie puścić. Zapomniałam o nim na jakiś czas, ale… pozornie. W mojej głowie i sercu ciągle żył uroczy Miś wraz ze swoimi przyjaciółmi.

„Kubuś Puchatek” to bezsprzecznie jedna z najbardziej wartościowych i uroczych książek dla dzieci (i nie tylko!). Czytałam z permanentnym uśmiechem na ustach, ale i z refleksją. To książka wyjątkowa, jedyna w swoim rodzaju. Opowiastka trafiająca do ludzi bez względu na wiek. Warto odkrywać ją na nowo, nawet jako dorosła, poważna osoba. Ją TRZEBA znać.

A Wy lubicie „Kubusia Puchatka”?

niedziela, 28 października 2012

"Podróż do miasta świateł"




Autor: Małgorzata Gutowska-Adamczyk
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Rok wydania: 2012







Ostatnio mam niezwykłe szczęście do książek. Żadnych rozczarowań, żadnego marudzenia. Wiodę sobie spokojne, czytelnicze życie. Nie rzucam książkami o ściany, nie psioczę, nie krzyczę, nie wznoszę oczu do nieba ze słowami: „Boże, widzisz, a nie grzmisz!”
Krótko mówiąc, jest naprawdę dobrze.

Na „Podróż do miasta świateł” czekałam kilka miesięcy. Wierciłam się, marzyłam i obgryzałam paznokcie ze zniecierpliwienia. Warto było.

Pierwszy raz poznałam ją w Cieciórce, w posiadłości Radziewiczów jako piękną, rudowłosą, trzydziestoletnią pannę. Podobno była malarką, dość znaną w tej swojej Francji. Ale kto by jej wierzył! Była wolna i niezależna. Dziwna. Ostentacyjnie paliła papierosy, jeździła konno „po męsku”, sprzeczała się z mężczyznami, a nawet nosiła spodnie! Fascynowała. Potrafiła omotać swoim urokiem samego hrabiego Tomasza, uzależnić go od siebie niczym heroina, a potem… porzucić.
Róża z Wolskich.

Małgorzata Gutowska-Adamczyk zabiera nas w podróż śladami tej intrygującej kobiety. Odkrywa jej przeszłość, nawiązuje do dalszych losów. Kim naprawdę była Róża? Czy tylko emancypantką, skandalistką, pożeraczką męskich serc? Jakie wydarzenia ukształtowały osobowość pięknej malarki?

Paryż. Tłoczne ulice, powozy, gwar. Malarze, pisarze, politycy, dostojne kurtyzany. Moda, szyk i zabawa. Miłość i sztuka. Z uroczych, wykwintnych kawiarni niosą się śmiechy.
Po paryskim trotuarze niepewnym, lecz szybkim krokiem podąża kobieta w czarnej, skromnej sukni. Za rękę trzyma małą dziewczynkę o płomiennych, tycjanowskich lokach. Dziewczynka przystaje, z niemałym przestrachem, pośpiesznie, próbuje zawiązać sznurówki od sfatygowanego trzewika.
 „Quelle jolie fillette”* – słyszy. Jeszcze nie wie, że te słowa będą miały wpływ na całe jej przyszłe życie…

Niema dziewczynka i apodyktyczna, zaborcza matka próbująca odnaleźć się w przepychu miasta świateł. Konwenanse, sztywne, polskie zasady i beztroska Paryża. Cnotliwe życie przy boku męża i wolność, zabawa, sztuka. A w końcu On – mężczyzna. Roger de Vallenord.

Małgorzata Gutowska-Adamczyk, niczym własna bohaterka namalowała, piękny obraz.
Obraz dziewiętnastowiecznego Paryża, miasta w czasie swojej świetności. To obraz bardzo plastyczny i żywy, niesamowicie oddziałujący na wyobraźnię. Przyczyniła się do tego mnogość cudownych, nienudnych opisów okraszonych ciekawymi szczegółami, realizm i niezwykła umiejętność opowiadania. Już od pierwszych stron czuć, że Autorkę włożyła w tę powieść całe swoje serce i poświęciła wiele czasu. 

Nie tylko Róża jest godna uwagi, choć to ona odgrywa największą rolę. Akcja, tak jak w „Cukierni Pod Amorem”, biegnie dwutorowo. Współczesność przeplata się z przeszłością. Dzięki Autorce mogłam wrócić do Gutowa, wstąpić do znajomej cukierni i odwiedzić pałac w Zajezierzycach. Już wiem, co teraz robi Iga, jak potoczyły się losy Waldemara i Heleny oraz Adama i Celiny. Poznałam także sympatyczną Ninę – historyka sztuki. Nina wraz z Igą szuka przyczyn tajemniczych zaginięć obrazów Rose de Vallenord, poznaje pewnego przystojnego mężczyznę i zmaga się z absurdalnymi kaprysami własnej matki…

Paryż, miłość, sztuka, belle epoque… - główne tematy powieści? Bynajmniej. Są one ważne i nieodłączne, jednak „Podróż do miasta świateł” to przede wszystkim opowieść o relacjach między matkami i córkami. O miłości, lecz tej matczynej, najsilniejszej, ale często… toksycznej. Krystyna i Irena kochały za mocno. Niewątpliwie chciały dla swoich córek jak najlepiej. Czy widziały, że je krzywdzą? Wątpię. Autorka skłania do refleksji. Zadaje pytania: „jaką jesteś matką?” lub „jaką jesteś córką?”.

Małgorzata Gutowska-Adamczyk po raz kolejny pokazała klasę. „Podróż do miasta świateł” to powieść, która zachwyca piękną polszczyzną, interesującymi detalami, starannie dopracowaną, wciągającą fabułą i całym szeregiem pełnokrwistych bohaterów.  Książka, która traktuje o ważnych sprawach, jest napisana z wielkim wyczuciem i kunsztem literackim. Historia Róży z Wolskich oderwała mnie od rzeczywistości na kilka dobrych godzin i już na zawsze zakorzeniła się w moim sercu.
 Z niecierpliwością czekam na kolejną część i mam cichą nadzieję, że wbrew planom ta niezwykła podróż nie zakończy się wraz z drugim tomem.

* Jaka śliczna dziewczynka (fr.)


wtorek, 9 października 2012

"220 linii"




Autor: Małgorzata Gutowska-Adamczyk
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia








Z głośników ryczy kultowy zespól The Ramones. Serce uderza w takt punkowego rytmu. Nogi mimowolnie poruszają się w rytm muzyki. Dłonie uzbrojone w pałki bębnią po wszystkim, co się da. Muzyka! Niesamowita energia!
Łączy, dzieli, uzależnia.
Pomaga żyć.

Mikołaj to całkiem przeciętny, warszawski nastolatek. Dobry uczeń, cichy, małomówny. Jakoś dogaduje się z wyluzowanym starszym bratem, z rodzicami także nie ma większych spięć.
Właśnie idzie do gimnazjum i dostaje coś, o czym marzył – swoją pierwszą kartę miejską.
Przepustkę w dorosłość. Mikołaj odkrywa swoje miasto. Miejsca bezpieczne i wręcz przeciwnie. Tworzy mapę, poznaje nowych ludzi.
 Zatrzymuje się. Rozmyśla. Marzy.

Marzenia…
Główny bohater ma serce pełne marzeń, planów, pragnień. Rozsadza go pasja.
Perkusja -najważniejsza, najpiękniejsza! Ach! Jakże chciałby być jak Lars Ulrich z Metalliki!
Mieć sławę i tworzyć muzykę! Muzykę, którą przesiąknięta jest każda komórka ciała Mikołaja.
On tym żyje, oddycha. Ale perkusja to nie kompaktowa gitara, to nie zabaweczka. To serce zespołu, ogromny mechanizm potrzebujący wiele nakładów pracy… I pieniędzy…

Tak jak każdy człowiek, Mikołaj zmaga się z wieloma problemami. Ale te kłopoty pozwalają mu poznać siebie i łaskawszym okiem spojrzeć na innych. Chłopak uczy się empatii, akceptacji.
Zaczyna dostrzegać to, co najważniejsze.

Małgorzata Gutowska-Adamczyk z dużą wprawą wprowadza nas w świat warszawskiej młodzieży. Autorka z pewnością ma kontakt z młodymi ludźmi i bardzo realnie oddała klimat tego środowiska. Jest specyficzny język, jest luz, są typowe i te mniej typowe młodzieńcze problemy. A to wszystko dozowane z umiarem i rozwagą. Powieść przypomina zdrowy organizm, w którym jest zachowana homeostaza. Wszystko ma swoje miejsce, wszystko jest w rozsądnych ilościach.
Nic dodać, nic ująć.

Książkę czyta się błyskawicznie. Jest ciekawa i wciągająca.
Nie mogłam się oderwać od opowieści o Mikołaju Wierzbickim, jego rodzinie i przyjaciołach. (Tym sposobem autorka zaserwowała mi zarwaną noc :D).
Polubiłam wyrazistych i dopracowanych bohaterów. Mam wrażenie, że każdy z nich rzeczywiście żyje. Że wędrując w pobliżu działek spotkam drobną, sympatyczną Melanię, a jadąc komunikacją miejską natrafię na wybijającego rytm Mikołaja, Kajtka z kieszeniami pełnymi nalepek
i Makarego z gitarą na plecach.
 Że wchodząc do maleńkiego kościółka, usłyszę piękne dźwięki organów i spotkam przemiłego organistę-staruszka, który przytuli i poczęstuje murzynkiem (kocham tego pana!).

„220 linii” to mądra książka, dająca wiele radości i rozrywki. Myślę, że spodoba się zarówno młodszej i starszej młodzieży, jak i dorosłym. W każdym wieku warto po nią sięgnąć.

„Chcieć to móc” – mówi znane porzekadło, mówią rodzice, mówi mój ulubiony kaznodzieja.
Czy rzeczywiście? Tak! Wiarą, nadzieją i miłością można zdziałać cuda.

Obserwatorzy

Archiwum bloga