Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Esprit. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Esprit. Pokaż wszystkie posty

środa, 6 listopada 2013

Uwielbiam powieści historyczne! ("Bracia Hioba", R. Gablé)



Jak spoglądać w przyszłość, skoro nie zna się własnej przeszłości? Jak uporządkować siebie, skoro dotychczasowe życie składa się z wielkich białych plam, luk, których nie można wypełnić, mimo starań, rozmyślań i próśb? Życie bez imienia, domu i korzeni, egzystencja podciętego drzewa. W końcu walka o przetrwanie.
Takie miało być życie niejakiego Losiana, silnego mężczyzny, zagubionego, nieznającego nawet swojego imienia. Mnisi z klasztoru św. Pankracego umieścili go na wyspie, w miejscu całkowicie odciętym od świata, w miejscu, gdzie nie dochodzi wrzawa wojny domowej miedzy cesarzową Matyldą a królem Stefanem, wraz z całą plejadą różnorodnych charakterów, dziwacznych postaci, można by rzec: wariatów.

Tak, w 1147 roku ta mała angielska wyspa była schronieniem niezwykłej grupy. W iście spartańskich warunkach, wspólnie, jak równy z równym mieszkali wiecznie zadowoleni bracia syjamscy, młody, chorujący na padaczkę, normański arystokrata Simon de Clare, znany z legend św. Edmund, chory na zespół Downa, uroczy Oswald, chłop z wężem w brzuchu, a nawet seryjny morderca (tak, w średniowieczu też można było spotkać takie typy). Cała ta zgraja niezwykłych postaci zapewnia nam towarzystwo przez niemal 900 stron i, muszę przyznać, sprawia wielką czytelniczą przyjemność. Z większością bohaterów nietrudno się zaprzyjaźnić, a co więcej, nawet przerażający, brutalny Regi posiada własny, niewytłumaczalny urok.

„ - Jak to powiedziałeś? Nie ma co szlochać w poduszkę. Ale wcześniej bardzo mnie to dręczyło – przyznał. – Szczególnie, kiedy ci przeklęci mnisi zamknęli mnie na wyspie pełnej wariatów. A przynajmniej tak z początku o nich myślałem. Tylko, że właśnie ci wariaci nauczyli mnie, że są rzeczy gorsze od padaczki.”

Szansa ucieczki z wyspy przychodzi nieoczekiwanie. I tu zaczynają się przygody.
Z uwagą możemy śledzić osobiste porażki i radości bohaterów, mocniej zagłębić się w świetnie przedstawiony portret psychologiczny Losiana, towarzyszyć Simonowi w jego wewnętrznej przemianie. Pojawiają się nowe postaci, niektóre ważne, inne, mniej, niektóre lubimy, inne irytują niemiłosiernie. Mamy więc poruszoną kwestię żydowską, mamy chrześcijaństwo i wiarę w wielu odsłonach, mamy honor i żądzę władzy, przyjaźń, miłość, wszystkie aspekty życia, które istotne były kiedyś, są ważne teraz i będą aktualne dopóty, dopóki będzie istniał świat. A przede wszystkich Rebecca Gablé zabiera nas w podróż, podróż Losiana, podróż w głąb siebie. Fascynujące jest jego odkrywanie własnej tożsamości, poznawanie wydarzeń, w których kiedyś brał udział, odwiedzanie starych – nowych miejsc. Wszystkie doświadczenia mężczyzny stanowią dla nas, czytelników, przygodę, wywołują emocje i książkową radość tak dobrze nam znaną.
A jakby tego było mało, w tle ma miejsce wojna domowa, walki i polityczne intrygi, w których nasi bohaterowie zaczynają mieć czynny udział…

Rebecca Gablé bez wątpienia ma warsztat, warsztat całkiem niezły, lecz niedoskonały. Ładnie zbudowane, pełne zdania czyta się lekko, ale książka nie wciąga tak, jak się spodziewałam, ma też swoje nudniejsze momenty. Nie porzucałam dla „Braci Hioba” moich codziennych obowiązków, ani nie zarywałam nocy (jak to się czasami zdarza), czytałam w wolnych chwilach, rozdzielając tę opasłą powieść na małe fragmenty, urywki, codzienne kawałeczki. Mimo tego, a także mimo kilku irytujących mnie fragmentów (mało ich było, a mnie irytują rzeczy, które z reguły innym nie przeszkadzają), czytałam „Braci Hioba” z prawdziwą przyjemnością i sporym zainteresowaniem. Wiele wartości zawiera w sobie ta książka, wiele pięknych ideałów, jest świetną lekturą dla miłośników powieści historycznych, a przede wszystkim opowiada historię, obok której niełatwo przejść obojętnie.

Rebecca Gablé, "Bracia Hioba", wyd. Esprit, 2013, tł. Paulina Filippi - Lechowska
Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu Esprit! 

środa, 2 października 2013

Kolejne spotkanie... ("Mroczna wieża", C. S. Lewis)



Nie trzeba nawet zacząć czytać, by poczuć atmosferę tej książki. Wystarczy pierwszy rzut oka na okładkę, na te dwie, może śpiące, może nie, dziewczynki. Wystarczy spojrzenie na ich twarze, na których spokój miesza się z niepokojem. Niepokój. Tak, właśnie on wyziera z tej książki, właśnie on przejmuje czytelnika. Brak żadnego punktu zaczepienia, brak bezpiecznych stref, może i brak Lewisa, kochanego Lewisa znanego z innych publikacji?

Szukałam go. Błądziłam między kolejnymi zdaniami, próbowałam znaleźć jego ślady w tych sześciu opowiadaniach, pragnęłam odnaleźć autora, któremu ufam bezgranicznie, którego znam z cudownej autobiografii, dzieł teologicznych czy listów Tolkiena. Mało tego Lewisa w Lewisie - stwierdziłam w pewnym momencie, gdy moje uczucia były mieszaniną leku, osłupienia i zachwytu. Pozory -stwierdziłam przy samym końcu. Jack tu jest, trochę inny, trochę taki sam, jednak nieprzerwanie czarujący swoim pisarstwem oraz osobowością.

Pierwsze opowiadanie, tytułowa „Mroczna wieża”, to balansowanie na granicy fikcji i rzeczywistości, świata realnego i świata fantastycznego, który nie ma żadnych granic. To pytania o Czas, Przestrzeń, Pozór i Rzeczywistość, aspekty nienamacalne, przy bliższym poznaniu fascynujące. Lewis próbuje odkryć to, co jest zakryte tajemnicą, a przy okazji pozwala na przyjrzenie się ludziom i ich licznym postawom.
„Mroczna wieża” intryguje, porywa, zaprasza do przygody, która z jednej strony przyciąga, a z drugiej napawa lękiem. To opowiadanie napisane doskonałym stylem, zachwycające potęgą wyobraźni pisarza, jednak wzbudzające też lekkie uczucie zakłopotania w czytelniku…

„- Przepraszam. Ale to zabawne, naprawdę. – myśl, że dla kogoś osiągnięcie świętości może być tylko pomniejszym krokiem w jego naukowym rozwoju. To tak jakby wyobrazić sobie, że można by użyć schodów do nieba jako skrótu w drodze po papierosy do najbliższego kiosku. Czy nie pomyślałeś o tym, że na długo przed tym, nim osiągnąłbyś poziom doświadczenia wieczności, tak bardzo zainteresowałbyś się czymś innym - a raczej: Kimś Innym – że dałbyś sobie spokój z podróżami w czasie?”

Tekst się urywa. Zakończenia, wytłumaczenia, niektórych, kolejnych wydarzeń możemy się jedynie domyślać. Możemy podjąć próbę dopasowania własnych elementów układanki do tego już powstałego, niesamowitego elementu. Możemy analizować już napisany tekst wzdłuż i wszerz i szukać możliwych rozwiązań. Ciekawe, czy sam Lewis domyślał się końca…

Z tematyki podróży w czasie przechodzimy do pytań o światło. „Niewidomy od urodzenia” – króciutka historia, zaledwie kilka stron. Dużo emocji przy lapidarnym stylu. Znów niepokój zmieszany z podziwem. Lewisowe drążenie, osłupienie na twarzy czytelnika. Świetne, doprawdy, świetne.

W „Krainie imitacji” lęku jest jakby mniej, pojawia się za to oblicze Jacka przyjacielskiego, iskrzącego poczuciem humoru, niestroniącego od ironii. W podobnym, ciągle fantastyczno-naukowym klimacie utrzymane są „Anioły opiekuńcze”. Nadal uśmiecham się z przekąsem na ich wspomnienie. Nić porozumienia łącząca mnie i Lewisa, zbieżność poglądów – może właśnie to sprawia, że tak bardzo podoba mi się to opowiadanie? A może raczej niewątpliwy talent i błyskotliwość umysłu autora? 

„Nieznane formy”… Rzeczywiście nieznane… Księżyc. Tajemnica. A gdzie odpowiedź?

Ostatnie opowiadanie, „Po dziesięciu latach”, tak jak "Mroczna wieża" mogło być powieścią. Zostało jednak przerwane, trochę brutalnie, trochę tajemniczo, raczej przygnębiająco. Mamy lubiane klimaty mitologiczne, mamy strzępki „Iliady”. To miało potencjał, oj miało. Dobrze, że „Po dziesięciu latach” znalazło się w tym zbiorze, dobrze, że możemy poznać choć skrawek tej historii.

„Mroczna wieża” to zbiór trochę inny od pozostałych książek Lewisa. Gorszy, lepszy? Trudno ocenić. Na pewno szybko się czytający, na pewno ogromnie wciągający, w pewnym stopniu wypełniający zawodem, uczuciem pustki i smutku. Dla miłośników C. S. Lewisa to niemała gratka, przygoda oferująca wiele literackich doznań, a zarazem dająca niezwykłe uczucie, jakoby sam profesor siedział obok nas i opowiadał swoje wymyślone, porażające pod różnymi względami historie.

C. S. Lewis, "Mroczna wieża", wyd. Esprit, 2013, tłum. Aleksandra Motyka
 Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu Esprit!



niedziela, 4 sierpnia 2013

A może by tak porównać notatki z C. S. Lewisem? (C. S. Lewis - "Rozważania o psalmach")



„Nie jest to dzieło specjalisty. Nie zajmuję się zawodowo judaistyką, nie jestem wybitnym krytykiem ani znawcą historii starożytnej czy archeologiem. Piszę dla nieuczonych o rzeczach, których sam się nie nauczyłem. Jeśli konieczne jest usprawiedliwienie (a możliwe, że jest) dla napisania takiej książki, usprawiedliwiałbym się w taki mniej więcej sposób: często się zdarza, że dwaj uczniowie potrafią lepiej niż sam nauczyciel rozwiązać problemy, jakie pojawiają się w ich zadaniach, pomagając sobie nawzajem. (…)Tę książkę zatem piszę jako jeden amator dla drugiego, opowiadając o trudnościach, jakie napotkałem, albo o olśnieniach, jakie mi się przydarzyły przy czytaniu Psalmów, mając przy tym nadzieję, iż mogą okazać się interesujące, a nawet pomocne dla innych czytelników niespecjalizujących się w tym temacie. Jest to raczej „porównywanie notatek”, a nie próba nauczania” – pisał C. S. Lewis we wstępie do „Rozważań o psalmach”. Rzeczywiście w pewnym sensie miał rację, w jakimś stopniu ta trudna sztuka nie-nauczania, „porównywania notatek”, pisania bez napuszenia i zarozumialstwa mu się udała. Jednak proza angielskiego profesora zdecydowanie amatorszczyzny nie przypomina. I choć wiele w tym tekście jest skromności, wiele też jest nieprawdy, bo w końcu „Lewis geniuszem był”. 

To wymagająca książka. Wcale nie łatwa, nie lekka, nie czytająca się sama, ot tak sobie. Zmagałam się z nią kilka tygodni (tak, zmagać się to najodpowiedniejsze słowo), wrastałam w sposób myślenia Autora, próbowałam zrozumieć, poukładać, zapamiętać, zapisać. Sięgałam po Psalmy, raz po raz, ze zdziwieniem, z zachwytem, z radością, czasem z ciszą w sercu. Wsłuchiwałam się w słowa Lewisa, które tłumaczyły, odkrywały przede mną Autora i Jego. Szczególnie Jego. Boga.

150 Psalmów. 150 utworów pełnych emocji, miłości, uwielbienia, czasem nawet nienawiści. To jedna z najpiękniejszych ksiąg Pisma Świętego, czysta poezja przepełniona Bożym natchnieniem, z odciśniętą pieczęcią Ducha Świętego. To jednak nie tylko księga wypełniona patosem i miłością do Boga, ale także ludzkie okrzyki, wołania prostych ludzi pragnących szczęścia, sprawiedliwości, uwagi, życia. Wśród poetycznych, subtelnych utworów znaleźć można psalmy złorzeczące, pełne gniewu i często straszliwych przekleństw. Można znaleźć tak trudne tematy jak śmierć czy sąd. 

Jedną z najpiękniejszych cech C. S. Lewisa jako pisarza jest szczerość. Jego niezwykła otwartość na innych, prostota w wyrażaniu myśli, wrodzona pokora zachwyca i przyciąga. W jego książkach możemy spotkać geniusza tak podobnego nam, tak zwykłego, którego życie tak jak nasze było wypełnione wątpliwościami i rozterkami. Profesor dzieli się nimi bez wstydu tak, jak dzieli się swoją mądrością, doświadczeniem i erudycją.

W „Rozważaniach o Psalmach” tak jak w innych książkach Lewisa uderza trafność myśli, bystrość Autora, jego precyzja. A przede wszystkim pociąga to, że Jack nie zmusza, nie „ładuje” do głowy wzniosłych idei, nie wtłacza na siłę wiedzy i swoich własnych przekonań. On raczej zachęca swoją własną fascynacją, pokazuje na osobistym przykładzie, jak można żyć inaczej, piękniej, jak można czerpać radość z obcowania z Pismem Świętym – całościowo – nie tylko z tą jedną Księgą Psalmów. Warto się zatrzymać, warto wsłuchać się w to, co ma dla nas do powiedzenia skromny angielski profesor, a przede wszystkim w to, co ma dla nas do powiedzenia nasz Stwórca. Nawet jeśli sprawia nam to trudność.

C. S. Lewis, "Rozważania o psalmach", wyd. Esprit, 2011, tłum. Aleksandra Motyka
Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu Esprit.

wtorek, 4 czerwca 2013

O sprawach wielkiej wagi w iście literackim stylu ("O modlitwie" C. S. Lewis)




O modlitwie mówi się stosunkowo często, również wiele o niej napisano. Doktorzy Kościoła, święci, księża na ambonie, spowiednicy, czasem przypadkowo spotkani ludzie mówią, pouczają, dają przykłady, nawołują. Módl się, módl się, to potężna siła, to moc, rozmowa z Najwyższym, pomoc, ucieczka… - określenia można mnożyć. I niby wszystko jest jasne, całkiem klarowne, rano pacierzyk, wieczorem pacierzyk, dodatkowo litania próśb i z głowy. Ale ciągle jakiś niedosyt pozostaje, potrzebujemy czegoś więcej, uchwycenia Tej Transcendencji, poczucia Miłości Doskonałej.
Modlić się nie jest łatwo. Często wymaga to wielu wyrzeczeń. I jakże często modlitwa jest – nie bójmy się tego słowa - zwyczajnie męcząca.  I, co w tym wszystkim najdziwniejsze, jest to całkiem normalne.

„Modlitwa jest męcząca. Wymówkę od niej zawsze przyjmuję z wielką radością. Po jej zakończeniu nad całą resztą dnia unosi się poczucie ulgi, jakbyśmy wreszcie mieli wakacje. Zabieramy się do niej z oporami. Kończymy ją z radością. Podczas modlitwy – ale nie podczas czytania powieści albo rozwiązywania krzyżówki – wystarczy jakaś głupota, abyśmy ulegli rozproszeniu.
Wiemy też, że nie jesteśmy w tym odosobnieni. Powszechna praktyka zadawania modlitwy jako pokuty mówi sama za siebie”.

Lubię to w Lewisie. Jego trafność spostrzeżeń, otwartość, niewiarygodną szczerość. Jednak najbardziej lubię to, że czytając jego książki, mam wrażenie, że ten angielski profesor znał mnie na wylot. ON PISAŁ O MNIE. Uczucie to czasami cudowne, podnoszące na duchu, czasem wbijające się gdzieś w żebra, tworzące wyrzuty sumienia, niewygodne.

„O modlitwie. Listy do Malkolma” to, jak sam tytuł mówi, nie zbiór pouczeń czy rozprawa teologiczna, a powieść epistolarna kierowana do wymyślonego przyjaciela. Listów, poruszających różne zagadnienia z zakresu modlitwy, jest 22. Tworzą one całkiem niewielką objętościowo książeczkę, ale, jak to u tego autora powszechne, bardzo bogatą treściowo. Znów mamy do czynienia z oszczędnym, lecz wysmakowanym stylem, niewymuszonym humorem i wprawą erudyty. Nie ma miejsca na pustosłowie, popularne „lanie wody”  czy banały, każde słowo jest na swoim miejscu i każde odkrywa coś nowego lub przypomina o kwestiach zapomnianych, acz pozornie powszechnie znanych.

Książka bez wątpienia pomaga, trochę jakby uspokaja, delikatnie napomina. Ale przede wszystkim jest prawdziwą ucztą czytelniczą. Czujemy się, jakbyśmy rzeczywiście czytali czyjeś listy, chwilami jakby były kierowane specjalnie do nas. Napisane są lekko, przystępnie, bardzo obrazowo i plastycznie. To zwierzenia, myśli, spostrzeżenia prawdziwego literata, miłośnika słowa, osoby ściśle związanej ze sztuką. Ale przebija także z tej książki Lewis – gawędziarz, Lewis – pasjonat teologii, oczywiście Lewis – chrześcijanin, Lewis – przyjaciel, w końcu Lewis – człowiek z krwi i kości, z problemami, rozterkami, zwątpieniami. A przez to tak bardzo nam bliski.

"Gdzie byłbym teraz, gdyby Bóg spełniał wszystkie głupie prośby, z którymi się do Niego zwracałem?"

O nudzie w tej książce nie ma mowy, choć pozornie może ona wydawać się nieciekawa, szczególnie dla osób, które z wiarą nie są szczególnie związane. I choć początkowo czułam się nieco zagubiona, niczym w karuzeli, która trochę za szybko wystartowała, to szybko udało mi się wpasować w tok myślenia profesora. Znaczniki poszły w ruch (książka aktualnie jest prawie cała obklejona kolorowymi karteczkami), w oczach pojawił się zachwyt pomieszany ze zdziwieniem. Chyba tylko on umiał wykorzystywać tak błyskotliwe porównania, zaciekawić czytelnika w tak niebanalny sposób, zmusić do myślenia najmniej zainteresowanych.

Ja jestem zachwycona, a zarazem czuję wielką wdzięczność za to, że Lewis potrafił podzielić się samym sobą z czytelnikami, obnażyć siebie, wytknąć swoje własne wady i ująć w słowa własne problemy bez wstydu i fałszywej skromności. Cieszę się, że anglikanin napisał książkę tak uniwersalną, że jest ona odpowiednia dla każdego chrześcijanina. Cieszę się, że „Listy do Malkolma” pomogły mi jako osobie wierzącej, a zarówno dostarczyły wielu wspaniałych literackich doznań. C. S. Lewis był mistrzem, unikatem w literackim światku, po prostu. Kochał to, co robił i robił to naprawdę wspaniale.

„Boehme radzi nam co godzinę „wyrwać się poza wszelkie stworzenie”. Ale nie zawsze musimy porzucać stworzenia, by znaleźć Boga. Możemy ignorować Bożą obecność, ale nie możemy jej uniknąć. Świat jest Go pełny. Bóg przechadza się po świecie incognito, ale często nietrudno Go rozpoznać. Prawdziwego wysiłku wymaga to, by o tym pamiętać, być uważnym. Właściwie, żeby się obudzić. A co ważniejsze, żeby nie zasnąć z powrotem.”

C. S. Lewis, "O modlitwie. Listy do Malkolma", wyd. Esprit, 2011, tłum. Magda Sobolewska

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu Esprit.
Wszystkie cytaty pochodzą z opisywanej książki.

sobota, 4 maja 2013

Etyczne rozważania wraz z C. S. Lewisem


Porzuć wszelkie wartości! Odrzuć sentymenty! Nie daj się zwodzić swoim uczuciom, one są nieważne, one są wręcz złe i niszczycielskie. Ty, Intelektualista, Człowiek Oświecony i racjonalnie myślący miałbyś się przejmować takimi bzdurami? Człowieku, postęp się liczy, postęp. To jest przyszłość tego świata, to jest cel człowieka!
Człowieka? Czy na pewno…?
Ale nie, nie przejmuj się, Człowieku, czym się martwisz? Ty musisz przezwyciężyć własne słabości, musisz okiełznać naturę, musisz być silny. Musisz rządzić, zdobywać. Musisz PROJEKTOWAĆ!

Taka maleńka uwaga na marginesie: to doprowadzi do Twojego upadku. Przykro mi, to taki mechanizm – Ty wygrywasz z naturą, ona wygrywa z tobą.
Co wybierasz? Marne sentymenty, życie wewnątrz Tao – zgodnie z prawem naturalnym, czy władanie, panowanie? 

Człowieczeństwo upada, co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Powoli stajemy się Projektantami „ludzi idealnych", kimś, kto obciosuje i przycina osobowości pod jeden wzór lub robotami, obciosywanymi nieszczęśnikami, ofiarami systemu i bezwzględnych Projektantów.

Cały ten proces i wszelkie mechanizmy dehumanizacji wyjaśnia C. S. Lewis w trzech esejach, wygłoszonych niegdyś w King’s College w Newcastle. Eseje te („Ludzie bez torsów”, „Droga”, „Koniec człowieczeństwa”) poruszają pozornie różne problemy, jednak w gruncie rzeczy składają się w jedną całość. Złożona z nich książka wstrząsa i wyprowadza z równowagi. Jest mocna, dosadna i pełna treści, mimo że objętościowo naprawdę niewielka. Niełatwa to lektura, raczej taka, nad która trzeba się pochylić, którą trzeba porządnie przemyśleć. Jednak zachowany jest tu charakterystyczny dla Lewisa styl – minimum słów, maksimum treści. Lewisowe myśli i błyskotliwe spostrzeżenia podane są w przystępnej formie, bez zbędnego zarozumialstwa i udziwniania. Słowem, „Koniec człowieczeństwa” to Lewis w najlepszym wydaniu, taki, jakiego lubię najbardziej.

Na wszystko istnieje odtrutka. Na zgubną „nowoczesność” również. Lekarstwem jest coś, co jest zapisane w naszych sercach od wieków, powiedziałabym: od początków świata. Jest to prawo naturalne, fundamentalne zasady, obiektywne wartości, nazwane przez Autora Tao. Niby wszystkim znane, niby powszechne, a jednak powoli zapominane, pomijane i odrzucane. 

„To, co dla wygody nazwałem Tao, a co inni nazywają prawem naturalnym albo tradycyjną moralnością, albo też pierwszymi zasadami praktycznego rozumu, albo jeszcze inaczej – podstawowymi oczywistościami, nie jest jednym z wielu możliwych systemów wartości. Jest to jedyne źródło wszelkich sądów wartościujących. Jeśli je odrzucimy, odrzucimy wartości jako takie. Jeśli zachowamy choć jedną wartość, zachowamy również Tao.” („Koniec człowieczeństwa”, str. 56)

Warto przeczytać tę książkę. Nie tylko dlatego, że Lewis był wspaniałym, niezwykle utalentowanym pisarzem i po prostu dobrze się czyta jego książki, ale po to, by wiedzieć więcej. Po to by otworzyć oczy i umieć przeciwstawić się zalewającemu świat złu, które wyniszcza człowieczeństwo. Warto, tak po prostu.
A teraz… Wybór należy do Ciebie.

 C. S. Lewis, "Koniec człowieczeństwa", wyd. Esprit, 2013, tłum. Magda Sobolewska

Za książkę bardzo dziękuję Wydawnictwu Esprit.

Obserwatorzy

Archiwum bloga